Autor: A.Mason | czwartek, 01 Lipiec 2010 - 17:50
Kategoria: Fantastyka, Fotografia

Są sprawy smutne i wesołe. Generalnie lubię marudzić, ale jak jest wesoło, też mi to nie przeszkadza. Swego czasu obraziłem się na „Nową Fantastykę”, obraziłem się tak bardzo, że zapowiedziałem, że już tego czasopisma nie będę kupował. Smutna sprawa, bo na tym piśmie się wychowałem i ogromnie je ceniłem. Moje uwielbienie po pewnym czasie zmieniło się w sentyment. Sentyment ów odczuwałem przez kilka lat, by po kolejnej aferze z udziałem Konrada Lewandowskiego i redakcji NF (nota bene, z forum NF uciekła wtedy spora ilość cennych ludzi), sentyment przekształcił się w żal.

Teraz czas na wesołą nowinę – w ostatnim numerze do czasopisma dołączono książkę Paula Andersona „Stanie się czas”. Mimo złożonych obietnic nie byłem w stanie powstrzymać się przed kupieniem gazety.

Życie potrafi jednak płatać figle i bywa okropnie złośliwe, takie też było w momencie, kiedy przyszedłszy do domu zabrałem się do przeglądania czasopisma. Najbardziej zaciekawił mnie artykuł o czeskiej fantastyce. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tam zdjęcie Miroslava Žambocha… Nie muszę chyba dodawać, że fotografia była mojego autorstwa, a opublikowana została bez mojej zgody…

Nie wkurzyłoby mnie to, gdyby nie fakt, że ktoś, kto wykorzystał moją fotografię w artykule, najprawdopodobniej zrobił to świadomie i trudno nazwać to inaczej niż kradzieżą. Zdjęcie jest ogólnodostępne w internecie i bardzo łatwe do wyszukania poprzez Google. Co ważniejsze, na niemal wszystkich swoich zdjęciach nadrukowuję podpis autorski. W artykule w NF został on wycięty (rozumiem, względy edytorskie), co gorsza zdjęcie zostało wyretuszowane i nigdzie nie znalazłem informacji, kto jest jego autorem. Przykre, ale prawdziwe…

Ot złośliwość losu i znak, że ze skrewioną przez przewodasowstwo „Nową Fantastyką” powinienem skończyć raz na zawsze.

 

 


Fragment artykułu z moim zdjęciem


_IMGP4982.JPG
Oryginał zdjęcia



Autor: A.Mason | wtorek, 29 Czerwiec 2010 - 17:43
Kategoria: Fantastyka

Przypuszczam, że było to spotkanie przy okazji otwarcia wrocławskiej Księgarni z Fantastyką.

Plik ma 13 MB, a całość trwa ponad 30 minut (ściągnij plik).

Autor: A.Mason | wtorek, 15 Czerwiec 2010 - 17:35
Kategoria: Zwykłe wpisy

Od kilku dni zerkam sobie na stronach www na relacje debat politycznych oraz mecze Mistrzostw Piłki Nożnej w RPA. Dziś włączyłem Wiadomości TVP, gdzie usłyszałem, że od poniedziałku bloki reklamowe w telewizjach nie mogą przekraczać swoją głośnością reszty programu. Oczywiście usłyszałem też, że wydawcy już dostosowali się do obowiązujących przepisów.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy włączając na stronie itvp.pl „Mundialowy wieczór” (z 14 czerwca), zaatakowała mnie potwornie głośna reklama pewnej karty kredytowej. No cóż, bloków reklamowych w telewizji on-line najwyraźniej rozporządzenie KRRiT nie przewidziało…

 

Autor: A.Mason | niedziela, 11 Kwiecień 2010 - 21:32
Kategoria: Fotografia

W ostatnim numerze miesięcznika „Fotografia & aparaty cyfrowe” natrafiłem na artykuł Tadeusza Piotra Prociaka o tytule „Fotograf to brzmi dumnie” (na okładce opisany jako „Fotograf brzmi dumnie. Robimy coraz więcej zdjęć, coraz mniej oglądamy”). Zaciekawił mnie on z powodu kilku tez, które nie do końca są dla mnie zrozumiałe. Być może któryś z czytelników tego mojego bloga wyjaśni mi być może błędną logikę mojego myślenia (będę wdzięczny).

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że forma felietonu „wymaga” pewnych uproszczeń, jednak jestem stanowczym przeciwnikiem tekstów, gdzie wybiegają one zbyt daleko. A już szczególnie w czasopiśmie, które ma także uczyć fotografii, i które rzeczywiście dla wielu fotoamatorów jest źródłem wiedzy (być może to tylko moje złudzenie, że miesięcznik oprócz zarabiania ma też spełniać inne role).

Zaczyna się od stwierdzenia, z którym jeszcze się mogę zgodzić, że «człowiek żyjący w krajach rozwiniętych w bardzo krótkim czasie (stało się to właściwie udziałem jednego pokolenia) z biernego konsumenta obrazów zamienił się w producenta takowych». Bardzo ładnie, ale dalej mamy kwiatek w postaci:

Ogromna „nadprodukcja” zdjęć powoduje, że w przestrzeni społecznej funkcjonuje więcej nadawców niż odbiorców. Prawie nikt nie ogląda fotografii (oczywiście pomijam tutaj zalewające nasz komunikaty reklamowe, newsy etc. kreowane przez zawodowców) – wszyscy chcą je robić. Ale sam proces realizacji obrazu stał się ważniejszy od jego późniejszej „konsumpcji”, nie wspominając już o jakichkolwiek ewentualnych refleksjach ze wspomnianym obrazem związanych.

Przede wszystkim zastanawia mnie, skąd tak radykalne stwierdzenie? Na jakiej podstawie autor wyciąga tak daleko idące wnioski? Dla mnie to twierdzenie podane tak jak jest, jest kompletną niemal bzdurą. Po odjęciu zawodowej fotografii reporterskiej i reklamowej pozostaje nam zawodowa fotografia użytkowa, artystyczna i… fotografia amatorska.

Fotografia użytkowa nie służy do jej kontemplowania więc spokojnie możemy ją w większości przypadków wrzucić do tego „etc.”. Jednak co z fotografią portretową i okolicznościową (ślubno-weselną itp.) należącą do fotografii użytkowej i najczęściej najmocniej kontemplowaną, jako najbliższą odbiorcy?

Pozostaje nam fotografia artystyczna. Czy ona rzeczywiście cierpi na przerost podaży nad popytem? Mam poważne wątpliwości w tym względzie. Nawet najbardziej marna wystawa fotograficzna zawsze zgromadzi przynajmniej kilku oglądających… Skąd więc twierdzenie o nie oglądaniu zdjęć i większej ilości nadawców niż odbiorców?

Byłbym w stanie przyjąć powyższe twierdzenie pod jednym warunkiem – gdyby z grupy odbiorców zdjęć wyciąć wszystkich ludzi, którzy są także twórcami zdjęć. Czyli postawić warunek – jeśli ktoś fotografuje, to nie jest odbiorcą. Tyle że jakoś zupełnie nie pasuje mi to, jeśli wezmę pod uwagę kontekst felietonu, przejawiający się choćby w wyżej cytowanym przeze mnie stwierdzeniu. „Jeśli coś nie pasuje do naszej tezy, to to odrzucamy” – wziąwszy pod uwagę twórczość publicystyczną autora, jakoś mi to nie pasuje do Tadeusza Prociaka.

O co chodzi?

 

Nie wspomniałem jeszcze o fotografii amatorskiej, ale o tym później, po kolejnym cytacie o epidemii „fotograficznego zawodowstwa”:

To wiedza [...], doświadczenie, setki godzin spędzonych w studiu i ciemni, umiejętność posługiwania się specjalistycznym sprzętem, możliwość sprostania każdemu zleceniu na wykonanie zdjęcia czy też fakt utrzymywania się z uprawiania fotografii decydowały o tym, że w rubryce zawód dumnie prezentowało się słowo fotograf. Proponuję wszystkim „fotografom”, zanim z różnych powodów zaczną nadużywać tego pojęcia do własnej osoby i z uwagi na swoje kwalifikacje, aby odpowiedzieli sobie na następujące pytania. Czy kiedykolwiek fotografowałem aparatem wielkoformatowym na ławie optycznej? Czy dałbym sobie radę z rozpiętością tonalną planu spowodowaną kilkoma (czasem kilkunastoma) źródłami światła?

Dalej następuje kilka innych pytań, poruszony jest też temat tzw. „onanistów sprzętowych”. Mam wrażenie, że cały tekst Prociaka jest zbiorem mniej lub bardziej luźnych myśli, niezbyt powiązanych ze sobą, choć pozornie połączonych w jeden temat.

Wspomniany przez autora zalew fotograficznego pseudozawodowstwa moim zdaniem nie ma nic wspólnego z „robieniem przez nas (czytelników „Fotografii & aparatów cyfrowych”) coraz większej ilości zdjęć, a coraz rzadszym ich oglądaniu”. Można co prawda mówić o częstym zachowywaniu się i stwarzaniu pozorów profesjonalizmu przez amatorów (nawet moje teksty tutaj można tak traktować, nie obrażę się o to), ale jest to zupełnie odmienna sprawa.

 


“Epitafium dla ofiar Katyńskich”
 
Jako fotoamator, tudzież pasjonat fotografii, powinienem się wstydzić takich zdjęć, które nie są ani profesjonalne, ani zawodowe w żadnej z definicji Tadeusza Prociaka?

Z drugiej strony czy do tego, by nazywać się fotografem, konieczne jest dziś poznawanie aż tak rozległej wiedzy, jak to miało miejsce kiedyś? Aby być dobrym fotografem trzeba dawać odbiorcy dobre zdjęcia i tyle. Moim zdaniem autor zupełnie zignorował specjalizacje fotogra­ficzne – jest pewna wiedza wspólna, ale dobremu reporterowi potrzebna jest inna wiedza i umiejętności niż dobremu portreciście. Praca w ciemni też nikomu nie jest potrzebna, jeśli robi zdjęcia cyfrówkami, ciemnię zastępuje komputer. A już zupełnie nie rozumiem, co ma aparat wielko­formatowy do profesjo­nalizmu? Bez niego nie można nazywać się fotografem? Takie twierdzenia trącą mi „onanizmem sprzętowym” opisywanym przecież w artykule.

No i trzeba by się zdecydować, panie Prociak, albo pisze się, że dumnie fotografem można się mienić, bo jest się dobrym, albo bo się utrzymuje z fotografii. Jedno nie zawsze idzie w parze z drugim…

 

Mnie samego też wkurza (szcze­gólnie częste w internecie) opisy­wanie się dumnie mianem „fotografów, a nawet fotografików” przez różnego rodzaju amatorów, bywa że naprawdę kiepskich. Wkurza mnie też bardzo częste zapatrzenie w jeden styl fotografii i brak zrozu­mienia dla odmiennego podejścia, czy wspomniany onanizm sprzętowy i jego konsekwencje. Szczególnie irytująca jest tolerancja dla „fotograficznych wioskowych głup­ków”, kiedy ci piszą bzdury i jest im to udowadniane. Z czego to wynika? Podobnie jak twórca artykułu, twierdzę, że to z powodu prostoty robienia zdjęć, prostoty publikacji ich w internecie oraz prostoty pisania i komentowania w inter­necie.

Ale co to ma wspólnego z odbio­rem i refleksjami nad zdjęciami?

 

Zgadzam się, fotografia cyfrowa i internet spowodowały, że mamy obecnie nawał fotoamatorów, fotografią zajęły się nieporów­nywalnie większe masy ludzi, co rzeczywiście oznacza pozorną nadprodukcję fotografii.

Dlaczego pozorną?

Ponieważ moim zdaniem działają tu niemal takie same mechanizmy rynkowe jak gdzie indziej. Popyt czyni podaż. Dopóty, dopóki są oglądający, fotografujący będą wystawiać. Wystarczy przyjrzeć się popularnym i mniej popularnym serwisom fotograficznym – portfolia, których nikt nie ogląda i nie komentuje, wcześniej czy później „umierają”. Różnica pomiędzy takimi portfoliami, a papierowymi albumami fotograficznymi jest taka, że te ostatnie pokrywają się kurzem na stojąc na półkach, bywa też, że trafiają na makulaturę, a nawet na śmietnik, natomiast te internetowe – wiszą potem i straszą w sieci.

Warto zwrócić uwagę na ważną rzecz, która jest bardzo mgliście zarysowana w felietonie – fotografia cyfrowa zatarła jedną granicę. Dawno, dawno temu, podział fotografów był prosty – na fotografów profesjonalnych i pasjonatów. Obie te grupy miały jednak zacięcie artystyczne, bo tego wymagała presja społeczna. W miarę rozwoju techniki pojawili się fotografowie reporterzy (którzy mimo wszystko też mieli ciągoty artystyczne), których sprzęt dał podwaliny do powstania fotografów-amatorów. Ci ostatni chcieli zdjęć reporterskich z ich własnego życia. Dobre zdjęcie reporterskie zrobić trudno, ale ważniejsze jest uchwycenie czegoś ważnego, zrobienie pamiątki. Artyzm zszedł więc na dalszy plan.

Upowszechnienie internetu i aparatów cyfrowych spowodowało, że zatarła się granica, gdzie kończy się fotografia amatorska, a zaczęła się pasja. Wcześniej fotografia amatorska ograniczała się do tworzenia albumów domowych. Czasem udziale w konkursie, czy jakiejś małej wystawie, ale ciągle jednak w ograniczonym zakresie. Dziś albumy może podziwiać cały świat i o ile autor sam się nie określi, trudno więc rozdzielić gdzie kończy się amatorszczyzna, a zaczyna pasja, która moim zdaniem jest czymś więcej.

 

Nie mówi się o tym nigdy w kontekście fotografii, ale obecnie mamy do czynienia z procesem zmian społecznych, które wymuszają na ludziach wytworzenie i wzmocnienie pewnego ważnego mechanizmu. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej musimy dziś uczyć się selekcji informacji. Powtórzę to, o czym wspomniałem już w poprzednich wpisach – trzeba sobie umiejętnie wybierać zdjęcia. Bo problem leży nie w producentach fotografii, a w jej odbiorcach – należy nauczyć się odsiewać zdjęcia nie kierowane do nas.

Jeśli ktoś, tak jak Tadeusz Prociak, podejmuje się oceniania zdjęć (TP ma swój kącik w „Fotografii & aparatach cyfrowych”) i chce oglądać je wszystkie, to sam sobie jest winien.

Śmiem twierdzić, że nie ma, póki co, czegoś takiego jak nadprodukcja zdjęć, jest co najwyżej stale postępujący wzrost ich ilości.

Ja na szczęście nie muszę oglądać ich wszystkich ;-)

 

 

Autor: A.Mason | czwartek, 18 Marzec 2010 - 10:34
Kategoria: Fotografia

Paragraf

Zwolennikiem tezy, że człowiek powinien robić tylko to, na czym się zna, nie jestem. Nie przeszkadza mi jeśli ludzie zabierają się do rzeczy, o których nie mają kompletnie pojęcia. Mam jedynie alergię na głupotę ludzką. A już głupota w połączeniu z lenistwem lub cwaniactwem budzi moją skrajną odrazę.

Rozumiem, że na początku było słowo, potem ktoś leniwy je skopiował i były słowa dwa. Potem cztery, osiem, szesnaście, trzydzieści dwa… a po dwudziestym kopiowaniu słów było już milion czterdzieści osiem tysięcy pięćset siedemdziesiąt sześć. Bywa, że po n-tym kopiowaniu następuje utrata wierności, ale sytuacje, kiedy pierwszy egzemplarz jest wadliwy, a powielający bezmyślnie produkują jego kolejne kopie, nie powinny mieć miejsca.

Mam wrażenie, że na przekór tak właśnie jest w przypadku regulaminów fotograficznych. Ktoś kiedyś stworzył pierwszy, a kolejne są tylko jego kopiami. Bo jak inaczej wyjaśnić kretynizmy jakie są w nich zawarte i powielane? Wiem, że nie każdy ma wiedzę z zakresu prawnego, ale w wielu przypadkach wystarczy przeczytać uważnie punkt regulaminu i pomyśleć logicznie.

Dotąd wydawało mi się, że dziennikarze powinni być wrażliwi na punkcie logiki wypowiedzi, a jednak buble regulaminowe trafiają się nawet w konkursach organizowanych przez gazety. Chociaż jak się tak zastanowić, to w sumie nic dziwnego, bo dobrych dziennikarzy mamy niewielu. A pozostali bardzo często są zwyczajnymi cwaniakami, czasem wręcz matołami, lecz obrotnymi ludźmi goniącymi i łapiącymi się za każdą kolejną sensację. No cóż, popyt czyni podaż.

Dużo bardziej dziwi mnie fakt, że błędy potrafią przepuścić także ludzie związani zawodowo z kulturą i sztuką. Ludzie, którzy z urzędu powinni posiadać odpowiednią wiedzę nie tylko z zakresu teorii sztuki czy kultury, ale również prawną. Co mnie martwi, to to, że żeby ową wiedzę posiąść w podstawowym zakresie, wcale nie trzeba wertować opasłych tomiszczów przepisów prawnych. Wystarczy jedna, szesnastostronicowa (pisana dużą czcionką, z ogromnymi marginesami) ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (z późniejszymi zmianami).

A jednak co i rusz natykam się w regulaminach konkursów fotograficznych na błędy, postanowiłem więc wypunktować z nich kilka najczęściej występujących oraz kruczków, na które autor fotografii może zostać nacięty. Myślę, że ten wpis do bloga ma szansę pomóc nie tylko autorom fotografii, ale też organizatorom konkursów i administratorom serwisów foto.

Pamiętajcie tylko jedno – nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem, dlatego każdy świadomy twórca powinien w swoim własnym interesie przeczytać wspomnianą wyżej ustawę. Fotoreporterom polecam także przyswojenie sobie ustawy o prawie prasowym z dnia 26 stycznia 1984 r. (oczywiście też z późniejszymi zmianami)

 

Zacznijmy od podstaw, żadna umowa czy regulamin konkursu (zgoda na regulamin jest rodzajem umowy) nie ma prawa być niezgodna z ustawą. I kropka.

A ustawa rzecze wyraźnie:

Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do:

1) autorstwa utworu;

2) oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo;

3) nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania;

4) decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności;

5) nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.

Prawo autorskie chroni nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu… czyli sprawa jest prosta – o ile gdzieś w ustawie nie ma zastrzeżeń wyżej wypunktowanych praw autor nie ma możliwości się zrzec, czy przekazać komuś innemu. W praktyce oznacza to, że pojawiający się czasem w regulaminach zapis o tym, że autor zdjęć przenosi wszystkie prawa (autorskie) na rzecz organizatorów jest zwyczajnym bublem, szczególnie że:

1. Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej:

1) autorskie prawa majątkowe mogą przejść na inne osoby w drodze dziedziczenia lub na podstawie umowy;

2) nabywca autorskich praw majątkowych może przenieść je na inne osoby, chyba że umowa stanowi inaczej.

2. Umowa o przeniesienie autorskich praw majątkowych lub umowa o korzystanie z utworu, zwana dalej „licencją”, obejmuje pola eksploatacji wyraźnie w niej wymienione.

3. Nieważna jest umowa w części dotyczącej wszystkich utworów lub wszystkich utworów określonego rodzaju tego samego twórcy mających powstać w przyszłości.

4. Umowa może dotyczyć tylko pól eksploatacji, które są znane w chwili jej zawarcia.

Szczególnie ważny jest podpunkt 2. – „obejmuje pola eksploatacji wyraźnie w niej wymienione”. Co to oznacza w praktyce? Że jeśli w regulaminie nie określono dokładnie na jakich polach eksploatacji autor przekazuje prawa organizatorom (np. druk, dystrybucja techniką cyfrową, publiczne wykonanie, wypożyczenie), to… przeniesienie praw nie ma miejsca :-D

Czyli zapis:

„Poprzez wysyłanie fotografii na konkurs nieodpłatnie przenoszę na organizatora prawo do wykorzystania moich fotografii w publikacjach oraz innych mediach, o których zdecyduje organizator”

najprawdopodobniej nie będzie prawomocny.

 

W regulaminach można znaleźć jeszcze punkty w rodzaju:

„Jednocześnie oświadczam, że jestem jedynym właścicielem praw autorskich nadesłanych zdjęć i prace te nie naruszają dóbr osobistych osób trzecich”

lub:

„Oświadczam, że posiadam pełne prawa autorskie do zamieszczonego zdjęcia oraz, że w wypadku prezentowania na nim wizerunków osób, posiadam ich zgodę na publikację fotografii (zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 wraz z późniejszymi zmianami).”

Jeśli chcemy na konkurs wysłać zdjęcie, na którym znajdują się wizerunki osób, to powinniśmy posiadać na to ich zgodę (wyjątki, kiedy zgody nie trzeba, są opisane w ustawie).

Warto zwrócić uwagę na istotną rzecz, która fotografom czasem umyka – należy być JEDYNYM właścicielem lub właścicielem PEŁNYCH praw autorskich do fotografii. Oznacza to, że o ile nie wystąpi się jako spółka autorów, nie można samemu wysłać na konkurs zdjęcia, do którego rości sobie prawa także ktoś inny. Takie sytuacje mogą wystąpić np. kiedy pomysłodawca na zdjęcie i fotograf to dwie różne osoby.

Przy okazji ciekawostka, w drugim cytacie pisze się o zgodzie sfotografowanych osób i powołuje na ustawę o prawie autorskim – nie wspomina się tam co prawda o tym, ale oprócz zgody osoby sfotografowanej należy posiadać także zgodę jej prawnego opiekuna (dotyczy to dzieci, ale także najprawdopodobniej osób ubezwłasnowolnionych).

 

Warto też zwrócić uwagę, że regulamin nie może być dwuznaczny, niejasny itp. czyli zapis, że:

„Fotografie, na których będą się znajdować jakiekolwiek znaki, cyfry (np. daty) będą dyskwalifikowane”

oznacza, że jeśli wyślemy na ten konkurs fotografię, której znajdują się np. znaki drogowe, szyldy sklepowe, reklamy itp., to zgodnie z regulaminem powinna być ona zdyskwalifikowana! To nic, że dla większości z nas jasne jest, że chodzi o nadrukowane (fizycznie lub w formie cyfrowej) na zdjęcia podpisy i daty. Regulamin to regulamin.

Swoją drogą dziwi mnie, że twórcy regulaminów nie zastrzegają sobie w nich prawa do zmian? Jeśli regulamin zostanie już po ogłoszeniu konkursu zmieniony w jakikolwiek sposób, to osoby, które zdążą wcześniej wysłać swoje prace, mogą narobić organizatorom problemów.

 

I jeszcze jedna kwestia – co to jest fotografia? Ponieważ trudno o jednoznaczną definicję gdzie kończy się fotografia, a zaczyna grafika, organizatorzy konkursów często określają dopuszczalny zakres obróbki fotografii. Jeśli takiego zapisu nie ma, to formalnie nie ma podstaw do dyskwalifikacji prac będących kolażami, fotomontażami itp.

Oczywiście jeśli o zwycięstwie decyduje jury konkursowe, nikt nie może mieć do nich pretensji o odrzucenie takich zdjęć (kryteria wyboru w takim przypadku mogą być subiektywne).

 

A na koniec cytat z ustawy:

Autorskie prawa majątkowe nie podlegają egzekucji, dopóki służą twórcy. Nie dotyczy to wymagalnych wierzytelności.

Pomimo że majątkowe prawa autorskie zgodnie z ustawą mogą zostać przez twórcę przekazane innej (np. na podstawie umowy), to dopóki tak się nie stanie nie mogą one zostać odebrane za pomocą egzekucji. Czyli jeśli mamy kredyty na milion złotych, a nie mamy ani grosza, ani domu, ani samochodu, ani roweru, ani zegarka, ani ani…, to żadne autorskie prawa majątkowe (z wyjątkiem wymagalnych wierzytelności) nie mogą nam zostać odebrane.

 

I chyba najważniejsza sprawa, o której zapomniałbym – biorąc udział w konkursie fotograficznym bardzo ważne jest przyjrzeć mu się pod kątem ilości praw przekazywanych organizatorom oraz czasu na jaki je przekazujemy. To kwestia indywidualnego wyboru, ale mnie np. niezbyt uśmiechają się konkursy, w których zdjęcia przekazuje się na wyłączność i/lub na czas niograniczony, albo do celów typowo komercyjnych (kiedy autor nie dostanie z tego ani złotówki), bo regulaminy dotyczą wszystkich prac, nie tylko zwycięskich…

 

Powyższy tekst z pewnością nie jest wyczerpujący, ale ja nie jestem prawnikiem. Jeśli więc będziecie mieli jakieś uwagi, wykryjecie nieścisłości i błędy, to komentujcie. W razie wątpliwości – pytajcie. Odpowiem w miarę moich skromnych możliwości.

 

 

EDIT: 26 marca 2010r.:

 

Jest bardzo wielu użytkowników programów i serwisów sygnowanych przez google. Jestem niemal pewien, że sporo z nich nie zdaje sobie sprawy, że korzystając z usług google zgadza się m.in. na poniższe punkty regulaminu. JEŚLI człowiek przeczyta ze zrozumieniem, myślę, że cytat nie będzie wymagał żadnego komentarza:

 

11. Licencja na Treść udzielana przez Użytkownika

 

11.1 Użytkownik zachowuje prawa autorskie i wszelkie inne przysługujące mu prawa do Treści, które Użytkownik dostarczał, publikował lub wyświetlał w Serwisie lub za jego pośrednictwem. Poprzez dostarczanie, publikowanie lub wyświetlanie treści Użytkownik udziela spółce Google bezterminowej, nieodwołalnej, obowiązującej na całym świecie (globalnej), bezpłatnej i niewyłącznej licencji na reprodukowanie, dostosowywanie, modyfikowanie, tłumaczenie, publikowanie, publiczne wykonywanie, publiczne wyświetlanie i rozpowszechnianie Treści dostarczanych, publikowanych lub wyświetlanych przez Użytkownika w Serwisie lub za jego pośrednictwem. Wyłącznym celem tej licencji jest umożliwienie spółce Google wyświetlania, rozpowszechniania i promowania Serwisów; licencja może zostać odwołana w odniesieniu do niektórych Serwisów, zgodnie z Dodatkowymi Warunkami ich dotyczącymi.

11.2 Użytkownik uznaje, że na podstawie niniejszej licencji Google ma prawo udostępniać Treść innym podmiotom, organizacjom lub osobom fizycznym, z którymi Google współpracuje w celu wspólnego świadczenia usług, jak również wykorzystywać Treści w związku ze świadczeniem takich usług.

11.3 Użytkownik przyjmuje do wiadomości, że przy podejmowaniu czynności technicznych koniecznych w celu udostępniania Serwisów użytkownikom Google może (a) przekazywać lub rozpowszechniać Treść Użytkownika w różnych sieciach publicznych i w różnych środkach przekazu; oraz (b) dokonywać zmian Treści Użytkownika koniecznych w celu dostosowania ich do wymogów technicznych połączonych sieci, urządzeń, usług lub środków przekazu. Użytkownik wyraża zgodę, aby przedmiotowa licencja zezwalała spółce Google na podjęcie takich działań.

11.4 Użytkownik potwierdza i zapewnia spółkę Google, że posiada wszelkie prawa, kompetencje i upoważnienia konieczne w celu udzielenia powyższej licencji.

Pewnie każdy z Was zrozumiał to, co pisze powyżej, ale… czy przeczytaliście uważnie? Ostatni podpunkt też? A teraz sobie przypomnijcie ile razy w galeriach Picassy widzieliście zdjęcia zrobione przez kogoś innego niż użytkownik? Jesteście pewni, że nawet prosząc o zgodę na publikację, rzeczywiści autorzy zostali uświadomieni, co oznacza umieszczenie ich zdjęć np. w albumach Picassy?

 

 

 

Autor: A.Mason | poniedziałek, 15 Luty 2010 - 19:43
Kategoria: Fantastyka

Dawnymy czasy, kiedy dla mnie istniało coś takiego jak korespondencja poprzez e-mail, miałem taką swoją zabawę – do każdego listu dołączałem jako sygnaturkę losowy cytat z książki. W większości przypadków było to zdanie wyrwane i odseparowane z kontekstu, co nadawało mu nowego znaczenia. Jeśli ktoś by odebrał ode mnie jakiegoś maila, z dużym prawdopodobieństwem natrafiłby w nim na tego typu sygnaturkę. Nawet dziś.

Na moim blogu niewiele się dzieje, a weny twórczej mam za grosz, pomyślałem więc powrócić do dawnej zabawy i od czasu do czasu serwować Wam jakiś taki cycat. Ale plany swoje, a życie swoje i wygląda na to, że zacznę od fragmentu zupełnie poważnego, acz ciekawego. Dlaczego? Ponieważ czasem trudno jest dotrzeć do pewnych książek, lub są one mało popularne, albo po prostu niektóre wypowiedzi umykają naszej pamięci.

 

Dziś będzie to wypowiedź Kira Bułyczowa na temat fantastyki naukowej, z antologii „Utwory wybrane 1. Wielki Guslar i okolice” z 1987r.:

Fantastykę uważam za najbardziej nowoczesny rodzaj literatury, zdolny do szybkiego reagowania na wszystkie niepokojące nas dzisiaj sprawy. Przy zastosowaniu tak potężnego środka, jakim jest hiperbola, fantastyka staje się dla mnie sposobem ostrego i paradoksalnego przedstawienia zwykłego człowieka i stojących przed nim, i nami wszystkimi, problemów. W moim przekonaniu jest ona najbardziej interesująca wtedy, gdy czytelnik może postawić się na miejscu bohatera i wspólnie z nim wszystko przeżyć.

Czasami żąda się od fantastów prognoz futurologicznych czy wręcz umiejętności dokonywania odkryć naukowych. Kategorycznie się z tym nie zgadzam. Nauka w dzisiejszych czasach jest na tyle skomplikowana i wyspecjalizowana, że niekiedy uczeni nie mogą w pełni zrozumieć nad czym pracuje się w sąsiednim laboratorium. Pisarz nie ma prawa pretendować do poznania niuansów nauki i rozumienia procesu jej ewolucji. Jego zadaniem jest pisanie o współczesnych mu ludziach, o ich charakterach. Nie pisze on o przyszłości, lecz o człowieku stojącym w obliczu przyszłości zagadkowej, trudnej i niepokojącej.

 

 

 

Autor: A.Mason | niedziela, 20 Grudzień 2009 - 20:42
Kategoria: Fotografia

Jestem zagorzałym fanem współczesnej cyfrowej fotografii, która moim zdaniem, wbrew temu, co twierdzą „starzy” fotografowie, wcale nie straciła żadnego ducha. Zmieniła się jedynie technika.

Bardzo często od starych wyjadaczy słyszę, że fotografia się skończyła, zeszła do lamusa. Uważam jednak, że gdyby przeglądnąć filmy amatorów sprzed lat, to i tak poziom kiczu był wśród ich zdjęć nie do przyswojenia dla co wrażliwszych ludzi. No, chyba że mówimy o naprawdę starych czasach, zanim analogowe aparaty małoobrazkowe upowszechniły się, a fotografią zajmowali się „tylko” artyści. Nikt mi nie wmówi, że za „czasów analogów” pstrykało się tylko z rozmysłem, lepsze zdjęcia. Jeśli by tak było, to wyjaśnijcie mi, gdzie te zdjęcia są? W muzeach i galeriach? Jaka jest ich ilość? Większa, czy mniejsza od dobrych zdjęć cyfrowych publikowanych w internecie?

Jako argument przeciwko cyfrówkom czasem wystawia się… pracę w ciemni fotograficznej. Rozumiem, że można darzyć sentymentem długi proces opracowywania i wywoływania odbitek, ale jaki on ma wpływ na zdjęcie?

Brieg
Brieg Bez. Breslau – Langestrasse
(współczesna fotografia cyfrowa)

Poziom zdjęcia jest niezależny od tego ile ich zrobiono w tym samym czasie, dobra fotografia to dobra fotografia. Technika wykonania* także nie ma znaczenia, bo jest to środek, a nie cel. Aparat fotograficzny jest narzędziem i tylko od właściciela zależy, jak je wykorzysta. To prawda, pewnych efektów nie da się osiągnąć stosując inną technikę fotografowania, ale tak naprawdę to są wyjątkowe wyjątki. Szczególnie w dobie fotografii cyfrowej, która bardzo skutecznie i w bardzo prosty sposób potrafi podrobić niemal wszystkie inne techniki (przynajmniej dopóki człowiek nie ogląda zdjęć pod lupą). W dobie coraz lepszej jakości aparatów cyfrowych trudno jako argument przedstawiać jakość odbitek, to już nie te czasy.

Dużo rozsądniejszym argumentem jest stwierdzenie, że fotografia analogowa lepiej przygotowuje do fotografowania, bo koszty procesu wywoływania zdjęć i niemożność poprawienia uczą szacunku do każdego kadru… Z takim stwierdzeniem mógłbym się zgodzić, gdyby nie to, że to praktyka czyni mistrzów. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy zrobienie kilkudziesięciu zdjęć w ciągu dnia, bez możliwości oglądania efektów w danych warunkach, jest lepsze niż ewentualne korygowanie parametrów na bieżąco na podstawie wyników widocznych na LCD aparatu? Oba warianty mają swoje wady i zalety, czyli – prawda racja gdzieś pośrodku.

To, co obecnie stało się największym problemem współczesnej fotografii, to prostota publikacji zdjęć i niemal kompletny brak selekcji. Ale to i tak naprawdę tylko problem wirtualny, wyimaginowany. Ktoś, kto wchodzi do galerii internetowej, w której nie ma (pre)selekcji lub moderacji, robi sam sobie kuku. To jakby pójść na wysypisko śmieci i narzekać, że mało tam dobrego sprzętu, i że śmierdzi. Wystarczy wejść na nieco lepiej zarządzane serwisy fotograficzne, a wrażenie zmieni się diametralnie. Ba! Zastanawiam się nawet, czy przypadkiem nie stało się, że liczba dobrych zdjęć dziś jest wyższa niż kiedyś.

Cyfrówki pozwalają na ocenę wyniku na miejscu i ewentualne powtórzenie ujęcia. Automatyka tez jest coraz przyjaźniejsza dla użytkowników, więc rzadziej zdarzają się zdjęcia kompletnie niewydarzone pod względem ekspozycji. Porównując odbiór i selekcję fotografii analogowej i cyfrowej na różnych forach fotograficznych stwierdziłem ciekawą rzecz – w tym pierwszym rodzaju fotografii dopuszcza się znacznie więcej błędów. To, co przeszłoby w analogach, w cyfrówce miałoby poważne problemy z obronieniem się.

Jednak czy zalew zdjęć jest jedyną przyczyną narzekań na współczesną fotografię?

Nie!

Zmieniła się technika (która ma przecież wpływ na zdjęcia), zmieniła się też powszechna estetyka fotografii.

Wielu z malkontentów najwyraźniej ten fakt przeoczyło…

 

 

____________

* Mam na myśli rozróżnienie techniki z naciskiem na cyfrowy-analogowy, bez uwzględniania technik wspólnych dla obu – fotografia w podczerwieni, obiektywy z tiltem i shiftem, itp…

 

Autor: A.Mason | niedziela, 20 Grudzień 2009 - 17:24
Kategoria: Fantastyka

Z okazji obchodzonych dziś 18 urodzin internetu, ciekawostka, na którą natrafiłem przypadkiem – kilka fragmentów z felietonu Rafała Ziemkiewicza (Nowa Fantastyka 5/98):

 

[...] Tymczasem, powiedzmy sobie szczerze – w takiej plątaninie, jaką jest Internet, nic się z nią zrobić nie da. Będzie z roku na rok, w miarę jak wzrasta liczba jej użytkowników, coraz gorzej – aż w końcu Internet zatka się na dobre i jako niepraktyczny (i nieekonomiczny – ale o tym dalej) ulegnie stopniowemu rozmontowaniu.

Otóż śpieszę z dobrą nowiną (dla kogo dobrą, dla tego dobrą – jak to się zaraz okaże). Już w początku przyszłego stulecia ruszą jeden po drugim (a niewykluczone, że trzy) nowe sieci. Każda oparta na osobnym systemie satelitów stacjonarnych.

[...]

To jest, jak to mówią jankesi, the good news. Teraz kolej na wiadomość złą; koniec z darmochą. Firmy telekomunikacyjne nie po to pakują kasę w wieszanie po niebie satelitów, żeby ją sobie odpisać od podatku jako działalność charytatywną – tylko po to, żeby im przyniosła kasę jeszcze większą.

[...]

Głupia sprawa, ale autorzy cyberpunku zdaje się ani przez chwilę o tym drobiazgu nie pomyśleli. Niech mnie Piotr Cholewa, który czytał tego więcej, poprawi, jeśli się mylę – ale chyba w żadnym z cyberpunkowych dzieł kwestia płatności za siecioróbstwo nie była w ogóle wzięta pod uwagę. Stara, klasyczna SF snuła z zamiłowaniem wizje ogólnej omnipotencji, za którą nikt płacić nie musiał. Ta nowa, bardzo się ze "starej, zmurszałej przyszłości" nabijająca, okazała się równie głupia.

[...]

Trzeba być ostatnim frajerem, by wierzyć, że obecny, pierwotny okres tworzenia cyberprzestrzeni będzie trwał wiecznie. Nie, kochani – to się już kończy. Kto chce sobie jeszcze postukać w klawisze za darmo, musi się pośpieszyć!

 

Autor: A.Mason | niedziela, 13 Grudzień 2009 - 4:45
Kategoria: Fantastyka

okladka

Dziś pomyślałem, że podrzucę Wam dwa krótkie cytaty z wywiadu z Łukaszem Orbitowskim dla słowackiego Istrozinu. Polski horror i spojrzenie na niego niespecjalnie mnie pociągają, więc z wywiadu wyciąłem dwa najbardziej interesujące mnie fragmenty dotyczące fantastyki. Myślę, że warto zerknąć jaki jej obraz przekazują nasi autorzy za granicą.

Tłumaczenie odbyło się na trasie słowacki-polski-słowacki-polski, więc od oryginału może nieco odbiegać ;-)

 

MK: Jak widzi Pan współczesny polski rynek fantastyki?

ŁO: [...] Jeśli rozdzielimy fantastykę na naukową i rozrywkową, to ta pierwsza ma się u nas bardzo dobrze. Wielu autorów pisze bardzo dobre, mocne i mądre ksiązki. Jacek Dukaj jest według mnie o krok od międzynarodowego sukcesu, ale wspomnieć trzeba także Wita Szostaka, Szczepana Twardocha, Jacka Sobotę. Gorzej jest z fantastyką rozrywkową, tu nasi autorzy często idą na łatwiznę, powtarzają się i tworzą według zasady „szybciej, mocniej, do przodu!”. Na uwagę zasługują przede wszystkim Grzędowicz, Kossakowska, ponieważ tych już Pan z pewnością zna, dołożę jeszcze Piotra Rogożę, wyśmienitego młodego autora.

MK: Bardzo popularna jest u was fantastyka związana z wojną lub militarystyką (u nas znani są z tego prądu Ziemiański, Grzędowicz i Magda Kozak, nawet Sapkowski niedawno napisał książkę o wojnie). Co jest głównym powodem, że się u Was pisze tyle tego rodzaju fantastyki?

ŁO: A kiedy Grzędowicz napisał jakiś militarystyczny tekst? Znów coś przeoczyłem. Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć, niech się zastanowię: może dlatego, że w Polsce mamy tak trochę kult armii, wspominamy czyny naszych żołnierzy, w literaturze robi to Jacek Komuda, a Ziemiański wskazuje, że możemy sobie całkiem dobrze poradzić nawet w jakiejś wojence w przyszłości. Zaskoczył mnie Pan trochę. Naprawdę myśli Pan, że to typowy polski przejaw? Według mnie wynika to z gier konsolowych, tam się wiele strzela, ludzie przyzwyczaili się, a teraz szukają strzelanin nawet w książkach.

 

Pierwszą odpowiedź cytuję w celach informacyjnych, gdyż miałem już okazję brać udział i być świadkiem niejednej dyskusji na temat kondycji fantastyki polskiej, więc nie czuję się na siłach do wznawiania tamatu i tutaj.

Zastanawia mnie jednak druga odpowiedź. Czy rzeczywiście na popularność fantastyki militarnej mają u nas wpływ gry? Dotąd na pierwszym miejscu stawiałbym naszą historię (naukę i spojrzenie), a przede wszystkim – film. Szczególnie, że najbardziej znana i ceniona u nas literatura militarystyczna pisana jest przez autorów, których o granie* bym nie posądzał.

Nie wydaje mi się też, żeby tworzyło się u nas takiej literatury znacznie więcej niż kiedy indziej, ale to może być kwestią interpretacji. To prawda, w ostatniej dekadzie wypłynęło na nurcie militarystycznym kilku autorów, ale trudno to nazwać jakimś prądem, bo nie poszli za tym inni. Nieco częściej wykorzystuje się we współczesnej fantastyce polskiej motywy sensacyjne, (para)militarne, ale czy fakt ten uprawnia do twierdzeń o wzroście czy popularności fantastyki militarystycznej i wojennej? Tego nie jestem pewien.

Gry dotąd traktowałem raczej jako konkurencję lub substytut książek, a nie jako produkt mogący wywołać jakikolwiek zauważalny pęd ku literaturze. I jeśli sobie przypomnę to, w co dotąd miałem okazję grać, to nie sądzę, żeby w jakakolwiek sposób wpłynęło to na mnie pobudzając czytania. Jeśli już, to do kupna kolejnej gry.

A jak to wygląda w Waszym przypadku?

 

 

PS: Zapomniałem oczywiście o efekcie „Wiedźmina” i wzroście sprzedaży książek Andrzeja Sapkowskiego spowodowanych sukcesem gry – jeden, jedyny chyba wyjątek, stanowiący niepewne, tudzież – chybotliwe, potwierdzenie tezy Łukasza Orbitowskiego ;-)

 

 

_______

* pisząc „granie” mam na myśli współczesne (młodzieżowe) normy czasu spędzanego przy grach ;-)

 

Autor: A.Mason | środa, 09 Grudzień 2009 - 10:15
Kategoria: Fotografia

Swego czasu natrafiłem na link do ciekawej wypowiedzi na temat fotografowania za darmo (dzięki Maclat). Długo zastanawiałem się, czy podać do niej linka, gdyż jest pisana językiem, który mnie mierzi (nadużycia wulgaryzmów), ale uznałem, że jestem zbyt leniwy, żeby streszczać dokładnie o co chodzi autorowi, a cytowanie też nie ma sensu.

http://www.infinity.net.pl/~archie/wordpress/?p=972

okladka
Ponieważ odezwały się narzekania, że mój wpis jest za długi, uzupełniam go o kilka obrazków.
Powyżej okładka jednej z książek – zbiór wywiadów „Lubię być fantastą” i zdjęcie „wywiadowanej” autorki zrobione przeze mnie.

Dla tych, którym nie chce się klikać, ani czytać jednak streszczam – jest tam o tym, że fotografowie są „ostatnią darmową grupą zawodową”, i że powinni „wziąć się w garść” (czyt. przestać dawać się wykorzystywać ludziom chcących, a nawet wymagających od nich zdjęć za darmo).

Mocnymi słowami pisany jest artykuł, ale treść w zasadzie ogranicza się tylko do wyżej stworzonego przeze mnie streszczenia.

To, co zaciekawiło mnie najbardziej, to ogromna popularność, jaką stale zyskuje ten wpis. Cytowany i linkowany na wielu forach fotograficznych, przekazywany pocztą pantoflową (sam rzucałem linkiem paru znajomym), przetacza się po fotograficznym internecie jak śnieżna kula. Jestem niemal pewien, że jego echo odbije się także w czasopismach o fotografii, nawet w tych, które w jakiś sposób temat już kiedyś podejmowały.

Dlaczego jestem zdziwiony tą popularnością? Przede wszystkim dlatego, że oceniam ją jako bardzo dużą. Oczywiście to nie wszystko – dziwi mnie to, że ów artykuł zdobywa popularność wśród… fotoamatorów. Amatorów, przeciwko którym w pewien sposób jest skierowany.

okladka
Andrzej Ziemiański – „Ucieczka z Festung Breslau” i wewnętrzne skrzydło okładki ze zdjęciem zrobionym przeze mnie.

Mam wrażenie, że nie za bardzo wiadomo, do kogo omawiany wpis do bloga jest skierowany. Z jednej strony mamy tam bowiem o profesjonalistach zarabiających, czy też chcących zarabiać na swoich zdjęciach, z drugiej – ludzi rozdających swoje zdjęcia za darmo: o profesjonalistach, ale i o amatorach, którzy „kupili sobie lustro z kitem”. Mamy też wymienionych ludzi najczęściej proszących o zdjęcia za darmo: zespoły muzyczne, menadżerów, sportowców i drużyny sportowe, małe firmy i restauratorów.

Pierwszą konkluzją jaka przychodzi do głowy po przeczytaniu tekstu jest, że ceny dyktuje rynek. Jeśli profesjonaliści chcą pracować za psie pieniądze, to przecież nic dziwnego, że zleceniodawca nie da takiemu więcej niż może. Bo niby dlaczego płacić za coś, co można mieć taniej? Stąd właśnie stale malejące ceny za usługi fotograficzne i sentyment profesjonalistów do dawnych czasów, kiedy zarabiali krocie.

Takie są prawa rynku. Najlepsi fotografowie wiedzą o tym, cenią się i wychodzą na tym dobrze. Skąd więc frustracja wśród różnej maści profesjonalistów i półprofesjonalistów, skąd artykuły takie jak linkowany? Moim zdaniem z powodu rozwoju i wzrostu dostępności techniki dla przeciętnego człowieka. Fotografowie usługowi „starego typu” przestają być potrzebni, stają się zawodem wymierającym, przynajmniej w starej formie.

okladka
Kolejna z książek, tym razem Rafał W. Orkan. – „Dziki Mesjasz”.

Dowód osobisty, paszport, prawo jazdy – te dokumenty rzadko kiedy trzeba wyrabiać sobie częściej niż parę razy w życiu. W każdym innym przypadku do dokumentów wystarczy zdjęcie facjaty wydrukowane na domowej drukarce atramentowej i papierze foto. Co z tego, że zdjęcie będzie kiepskie? Ja do swoich dokumentów nie zaglądam i niespecjalnie mnie interesuje, czy zdjęcie do nich będzie piękne czy nie. Mam więc się czuć gorzej, bo nie chcę płacić za coś, co mi do szczęścia nie jest w ogóle potrzebne, a co mogę mieć za darmo?

To samo ma się do fotografii mniej lub bardziej studyjnej, ślubnej, modnej czy koncertowej. Prawda jest taka, że przeciętny człowiek ma głęboko gdzieś to, czy zdjęcie będzie doskonałe (artystyczne) czy nie, bo po prostu tego nie jest w stanie odróżnić… przynajmniej dopóki nie okaże się, że sąsiad ma ładniejsze zdjęcia (lepszego fotografa). Ludzie nie zmienili się od wieków. Tyle tylko, że kiedyś fotografowanie nie było takie proste i tanie, zajmowali się nim albo artyści, albo (i) ludzie bogaci. Odbiorcami też byli ludzie bogaci. Z tym, że w zamierzchłych czasach bogactwo zobowiązywało do chociaż do podstawowego wykształcenia w dziedzinie sztuk pięknych. Dziś, pomimo iluś tam programowych lat plastyki czy muzyki, szkoły nie dają albo dają uczniom mierną wiedzę o sztuce (oczywiście są chlubne wyjątki). Na szczęście pasjonaci mają możliwość samokształcenia, więc z poziomem wrażliwości artystycznej wśród obywateli nie jest źle. Jednak poziom wiedzy artystycznej rzadziej niż kiedyś idzie w parze z pieniędzmi.

okladka
I na koniec – cykl fantastycznych głów, czyli zdjęć pisarzy, publicystów, tłumaczy i krytyków literackich związanych z fantastyką. (niemal wszystkie łapane z przypadku)

Jeśli do powyższego dodamy wzrost liczby zakładów i fotografów „profesjo­nalnych” oraz wzrost popularności i dostępności aparatów wśród amatorów, to nic dziwnego, że współcześni fotografowie mają problemy z utrzymaniem się z zawodu. Z jednej strony postęp techniczny znacznie ułatwił pracę także im, ale z drugiej strony dzisiejszy fotograf musi borykać się ze znacznie większą konkurencją, przez co nie wystarczą mu już tylko umiejętności w zakresie robienia zdjęć – musi te zdjęcia jeszcze sprzedawać, staje się więc sprzedawcą-marketingowcem.

Konkurować z innymi można jakością produktu i ceną, albo promocją i reklamą. Można też spalić konkurencji zakład, albo… napisać wpis do bloga, gdzie się popsioczy ta tych czy owych.

Czy rzeczywiście ludzie proszący o darmowe zdjęcia są tak nachalni i problemowi, jak wynikałoby z artykułu? Pewnie tak, jeśli fotograf nie potrafi powiedzieć „nie”. Tylko niech ktoś mi powie, kto jest temu winien?

Nie podoba mi się to, że autor linkowanego wpisu uogólnia, co można odebrać jako wrzucanie do jednego wora wszystkich artystów jako darmozjadów (»znacie jeszcze jakieś śmieszne przykłady “biedaków”, których “nie stać”?«). A przecież to nie jest tak, że każdy proszący lub pytający o darmowe zdjęcia jest darmozjadem. W większości przypadków wystarczy krótkie „nie” i fotograf ma spokój.

Jako zapalony fotoamator kręcący się po różnego rodzaju imprezach kulturalnych bardzo często spotykam się z prośbami o zdjęcia, o zgodę na wykorzystanie zdjęć, o przyjście na imprezę. Przyznaję, w pewnym momencie zaczęło być to nieco męczące. To, co wcześniej sprawiało mi ogromną przyjemność i radość – zachwyt i prośby ludzi o zdjęcia, zamieniło się w presję oczekiwań. Już nie mogłem sobie pozwolić na pójście na imprezę i pstrykanie zdjęć; nie byłem w stanie eksperymentować w obawie, że najciekawsze zdjęcia przekombinuję; zdjęć powinno być dużo i dobrych… W końcu powiedziałem sobie dość! Kto miał mnie lubić, będzie lubił dalej nawet jeśli nie dostanie zdjęć, a kto chciał tylko wyzyskać – tego mam w… gdzieś. To samo proponuję wszystkim, którzy zgadzają się w 100% z zalinkowanym artykułem.

Problem nie leży w ludziach, ci zawsze byli i będą tacy sami, problem leży w fotografie, który nie jest w stanie spojrzeć szerzej niż w to, co widzi w swoim wizjerze…

A ja? Ja jestem fotoamatorem, którego profesjonaliści tak bardzo nie lubią. Fotografuję jeśli koncert mi się podoba, idę na mecz i robię zdjęcia, to samo na konwentach czy w przypadku każdych innych wydarzeń, w których mam okazję brać udział. A potem wszystko to wrzucam na swojego fotobloga tak, że każdy może sobie te zdjęcia ściągnąć. Moje zdjęcia pojawiają się w gazetach i książkach, gazetce Empiku oraz na stronach internetowych zespołów, solistów, pisarzy, i sam już nie wiem kogo jeszcze, kurcze. Warunkiem jest tylko to, żeby mnie powiadomić, poprosić i opisać odpowiednio zdjęcie. No chyba, że kogoś nie lubię, albo mnie ktoś wkurza…

I wiecie co? Jakoś wcale nie czuję się z tym źle. Prawdziwi profesjonaliści są ode mnie lepsi, oni sobie w życiu dadzą radę. Jest im ciężej przez takich jak ja, bo trudniej im znaleźć frajerów, którzy za dosłownie kilka marnych „pstryków” zapłacą tysiąc(e) złotych, ale ja będę dalej robił swoje…

Dlaczego?

Dlatego, że środowisko profesjonalnych fotografów nie jest w stanie i najwyraźniej nie chce wyciąć spośród siebie fuszerów i naciągaczy na grubą kasę. Czasem kiedy widzę komercyjną fotografię, to co oferują „wysokiej klasy artyści”, to mnie skręca… i to bynajmniej nie z zazdrości.

Zacznijcie szanować się sami jako środowisko, wytnijcie fuszerów, a gwarantuję Wam, że zyskacie na tym nie tylko poprzez zmniejszenie konkurencji „profesjonalnej”…

Albo wypnijcie się na to wszystko i róbcie swoje…

Powodzenia.