Autor: A.Mason | niedziela, 28 wrzesień 2008 - 20:18
Kategoria: Fantastyka

W ósmym numerze z 2008 roku "Nowej Fantastyki" największe kontrowersje i odzew wzbudził felieton Jarka Grzędowicza, a gdzieś obok niego przemknął zupełnie niezauważony tekst Marcina Przybyłka pt. "Poczucie winy". Co ciekawe, oba felietony wpisują się w dyskusję na temat tego, jaka powinna być literatura, tyle że Przybyłek głosi pozornie mniej kontrowersyjne poglądy.

Zacznę od końca Przybyłka (hej, tylko bez skojarzeń mi tu!), a mianowicie słów "Więc po raz ostatni: dość poczucia winy. Nauka może być, ale nie musi". Jest to teza, z którą zgadzam się bez kontekstu, a w kontekście felietonu – sprzeciwiam się jej do imentu. Dlaczego? Ponieważ Przybyłek pisze przede wszystkim o fantastyce naukowej (science-fiction), która moim zdaniem bez nauki nie ma prawa się obyć (nazwa w końcu do czegoś przecież zobowiązuje).

Jednak kiedy zacząłem zastanawiać się ile science jest w fiction, paradoksalnie doszedłem do dwóch skrajnych wniosków. Pomyślałem sobie, że każdy element naszego życia opisany jest jakąś nauką, od wpadającej do głowy jako pierwszej, kiedy mówimy o science-fiction – fizyki, przez matematykę, biologię, chemię, kulturę fizyczną… (a przepraszam, przypomniał mi sie plan zajęć z podstawówki). Można też przecież w powieściach i opowiadaniach znaleźć takie nauki jak psychologia, socjologia, a nawet sztuka i inne dziedziny humanistyczne.

Z drugiej strony, zacząłem się zastanawiać, ile rzeczywiście jest nauki w tych samych książkach, o których pomyślałem wyżej. Czy można nazwać powieścią science-fiction książkę, która jest zgodna ze stanem wiedzy jaką obecnie posiadamy, ale nie odwołuje się do niego bezpośrednio. Czym różni się statek kosmiczny wędrujący od gwiazdy do gwiazdy, w który przywali meteoryt, od samochodu osobowego, tudzież ciężarowego, który złapie gumę? W końcu i tu, i tu musi się znaleźć ktoś, kto wyjdzie na zewnątrz pojazdu i go naprawi. Gdzie tu w sf miejsce na naukę różniącą się od powieści realistycznej, skoro całość odbywać się będzie w pewnej opisanej (naukowo) rzeczywistości? A co z fantasy? Czyżby różnica była tylko w scenografii czy nauce? S-f = (astro)fizyka, fantasy = historia?

Oczywiście powyższy mój wywód zmierza w kierunku zdefiniowania tego, co dotąd nie zostało jeszcze zdefiniowane, a czego prób zdefiniowania ja się nie podejmę, pozostając jedynie przy kilku pytaniach.

Przybyłek w swoim felietonie postuluje jeszcze: «Czytelnicy gnieceni poczuciem winy, że czytacie coś "nienaukowego": zrzućcie je!». Z takim postulatem nie zgodzić się nie mogę, bo uważam, że każdy powinien czytać to, co lubi i chce, bez żadnego niż wewnętrzny przymus.

Skąd więc biorą się chęci zdeprecjonowania czytelników literatury nienaukowej i wzbudzenia w nich poczucia winy, że są gorsi? Wydaje mi się, że oprócz chęci dowartościowania się przez krytykantów, jest to związane po prostu ze złym rozumieniem tego, do czego powinna służyć literatura – rozrywce i nauce. Oczywiście, jeśli mam szeregować, to jako najbardziej wartościową najpierw wybrałbym literaturę łączącą naukę i rozrywkę, następnie służącą tylko li nauce i służącą rozrywce, na samym końcu – literaturę nie służącą niczemu i taką, która źle realizuje wcześniej przeze mnie wymienione cele.

Czy na podstawie książek jakie czytają można wartościować czytelników?

Tak…

No co? Zdziwieni takim stwierdzeniem? Jeżeli ktoś jako jedyną przyswajalną (podkreślam, żeby nie było…), przyjmuje literaturę tylko rozrywkową, odrzucając zupełnie tą zwaną potocznie "trudniejszą", to znaczy, że coś z nim jest nie tak. Albo próbuje zupełnie uciec od życia, albo nie starcza mu inteligencji, ewentualnie jedno i drugie. Najczęściej oznacza to cofanie się w rozwoju, a tego to już powinno się wstydzić…

Dlatego parafrazując Przybyłka:

Czytelnicy gnieceni poczuciem winy, że czytacie coś "bezwartościowego": zrzućcie je!, zacznijcie czytać także rzeczy bardziej wartościowe… niekoniecznie fantastykę…

 

 

Autor: A.Mason | sobota, 27 wrzesień 2008 - 14:30
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i czas na odgrzewany kotlet, czyli wiersz napisany przeze mnie jakieś 7 lat temu. Myślałem, że stracił aktualność, a tu nie, od czasu do czasu problem lustracji powraca i wypływa na świat…

 

Horror o tym, jak kible zjadają świat

czyli fraszka na lustrację

 

Kibel tu, kibel tam.

W domu także kibel mam.

Boję się, że dnia pewnego,

Wyjdzie z niego coś strasznego.

 

Wyjdzie z mojej ubikacji,

Straszny pan z "Kanalizacji",

Po czym rzecze: "Do wakacji,

Pan obiektem jest lustracji…"

 

 

Autor: A.Mason | piątek, 19 wrzesień 2008 - 3:02
Kategoria: Para-Nauka

Któż z nas nie marzył o tym, by móc podróżować w czasie? Udać się w przyszłość, a następnie wrócić?

Iluż z nas jeszcze wierzy w możliwość takich podróży?

Ja wierzę.

Wy nie?

Ja tak, a Eurekę odkryłem wczoraj wieczorem, w czasie przechadzki po Wrocławiu.

Najśmieszniejsze, że fakt istnienia podróżników w czasie wcale nie jest przed nami ukrywany. Powiedziałbym nawet, że jest wręcz przeciwnie – dowody możemy znaleźć "na ulicy", ale oczywiście nikt z nas nigdy się nie zastanowił nad tym… Najciemniej pod latarnią.

Pomyślcie trochę, rozejrzyjcie się…

Spójrzcie na powstające osiedle albo większy budynek w dużym mieście…

Dalej nic?

Nic a nic?

Nie domyślacie się?

Bo źle patrzycie. Zerknijcie nie na samą budowę czy robotników, ale na billboardy przed nimi…

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak można sfotografować obiekt, który jeszcze nie powstał?

Czy to, że na owych billboardach widnieją zdjęcia budynków, które jeszcze nie powstały, można wyjaśnić inaczej niż tym, że ktoś przeniósł się w przyszłość, sfotografował je i wrócił?

 

 

Autor: A.Mason | czwartek, 11 wrzesień 2008 - 5:54
Kategoria: Fantastyka

Trafiłem dziś na wywiad przeprowadzony przez czasopismo "Play" z Andrzejem Sapkowskim i oczom mym ukazał się las… Las literek. Część z nich wyglądała tak:

Książka i gra to zupełnie różne media. Przy całym szacunku dla postępu, zwłaszcza w branży komputerowej, książka się nie zmieni i zmienić nie może, zawsze będzie taka sama, jak była za Gutenberga. Fabuła książki musi być zwarta i konsekwentna, intryga musi – przez cały czas – zmierzać i prowadzić do jedynego słusznego zakończenia, jedynego możliwego finału. Tu absolutnie nie ma miejsca na jakąkolwiek interaktywność, jest ona nie do pomyślenia.

Czy aby na pewno? Jedyne możliwe zakończenie "Wiedźmina" (książki) okazuje się wcale nie jedynym możliwym finałem. Że jest zakończeniem otwartym dowodzą choćby prośby czytelników o kontynuację. Heh.

Wydaje mi się, że w literaturze można znaleźć wiele książek, które mają otwarte zakończenia, a można znaleźć i takie, których zakończenie było przez autora zmieniane ("Limes Inferior" Zajdla). Jak więc tutaj mówić o jedynym słusznym zakończeniu?

A brak interaktywności? Czy na pewno jest nie do pomyślenia? Kilkanaście lat temu dosyć popularna była seria "Wehikuł Czasu" – cykl książek, w których czytelnik miał wpływ na losy bohaterów. Po każdym mini rozdziale było pytanie o wybór z kilku możliwych działań bohatera i w zależności od tej decyzji czytelnik przeskakiwał na różne strony.

Oczywiście książeczki te były jak Windows – można się było na nich "zapętlić", treść często zostawiała sporo do życzenia, ale jednak istniały i wcale nietrudno wyobrazić sobie ich doskonalsze wersje pozbawione "bugów".

Andrzej Sapkowski więc albo nie zna, albo po prostu zignorował ten kawałek historii literatury…

 

Autor: A.Mason | wtorek, 02 wrzesień 2008 - 2:14
Kategoria: Zwykłe wpisy

Oj, dziwny to czas dla mnie. Zupełnie odrzuciło mnie od pisania o czymkolwiek i chyba wszedłem już w wiek średni, kiedy to jest się za starym, żeby pisać o głupotach i marzyć o byciu dobrym publicystą. Wiek średni, czyli ten przed starym – wiek, w którym woli się korzystać z życia, a wszelkie mądrości objawiać później.

Pewnie zacznę znów pisać dopiero wtedy, kiedy już nie będę miał nic innego do roboty, heh.

W sumie to jednak czasem korci, żeby wziąć do ręki klawisze i porozrzucać je po edytorze tekstu. Na razie się mocno opieram, ale nie wiem jak długo. Co prawda nikt tu regularnie nie zagląda, bo i nie ma po co, ale od czasu do czasu trafiają się jakieś zabłąkane duszyczki, dla których trzeba by chociaż raz na jakiś czas coś skrobnąć, żeby nie myśleli, że umarłem.

Żyję, i mam się nawet dobrze. Napisałbym, że nawet bardzo dobrze, gdyby nie to, że złego lepiej nie wywoływać z lasu, więc nie napiszę.

A co dobrego jeszcze? Pewnie to, że pojawił się w końcu (po sześciu latach od powstania idei, niestety opóźnienie przede wszystkim z mojej winy) zbiór opowiadań, z których część miałem okazję tłumaczyć. Mam nadzieję, że nie zostanę obity za to, i że zbiór spotka się z przychylnym przyjęciem przez polskich czytelników. Moim zdaniem warto go przeczytać, żeby mieć jakiś pogląd i przekrój tego, co lubią inne narody. A poziom opowiadań ocenią już czytelnicy.

Miłej lektury.

 

Autor: A.Mason | wtorek, 29 lipiec 2008 - 0:21
Kategoria: Zwykłe wpisy

Ludzie to są dziwni w swoim puryzmie językowym.

Co i rusz spotykam się z uwagą, że zwrot “wzajemna współpraca” jest niepoprawnym, i że wstyd! i hańba! I że szczególnie lubujący się w tym haśle nasi kochani politycy powinni się wstydzić…

A mnie śmieszy to święte oburzenie, co i rusz pojawiające się na różnych forach internetowych, gdy schodzi na temat poprawności językowej. Dlaczego mnie śmieszy? Bo jak raz politycy mówią całą prawdę i tylko prawdę, to są nękani przez różnych rosłych i domorosłych polonistów.

A wystarczy spojrzeć do słownika PWN, żeby dowiedzieć się, że współpraca to:

3. «działalność prowadzona na czyjeś zlecenie, wiążąca się ze zdradą lub z działaniem na czyjąś niekorzyść»

Czymże więc może być “wzajemna współpraca”?

No czym?

To już pozostawię bez komentarza…

 

 

Autor: A.Mason | środa, 19 marzec 2008 - 2:00
Kategoria: Fantastyka

Dziś zmarł Arthur C. Clarke.

I właściwie na tym powinienem zakończyć wpis do bloga, gdyż od jakiegoś czasu nie lubię internetowych zwyczajów w rodzaju stawiania świeczek czy nabożnego opłakiwania zmarłych. Głupie to i tak naprawdę w większości przypadków niczemu nie służy, a jest tylko przejawem swego rodzaju ekshibicjonizmu.

Człowiek "żyje", dopóki się o nim pamięta. Pisarz, dopóki "żyją" jego książki.

Teraz czekam na chwilowy "boom" w prasie, radiu i telewizji, na wzmożone zainteresowanie twórczością Clarke’a, oraz na sporą ilość artykułów o nim.

A potem na ciszę…

I tylko sporadyczne westchnienie jakiegoś nastolatka, który przy okazji jakiejś kolekcji klasyki oglądnie sobie "Odyseję". Albo może takiego (będzie to chyba rzadszy przypadek), który przeglądnąwszy "kanon" literatury s-f postanowi sięgnąć po którąś z książek sir Arthura.

Miło będzie przeczytać jakąś entuzjastyczną wypowiedź młodzieńca, który pierwszy raz odkryje "Spotkanie z Ramą". Niestety będzie to jakiś zwariowany młodzieniec, bo obawiam się, że dla przeciętnego współczesnego dzieciaka "to już będzie nie to"…

Może to i lepiej?

Za jakiś czas same książki Clarke’a ulegną "zapomnieniu", podobnie jak "Odyseja" czy inne dzieła Homera. Klasyka, którą wszyscy znają, ale nie czytają. Klasyka, która wraca we współczesnych interpretacjach. Klasyka, której pierwiastki przebijają się w dziełach bezwiednych adeptów sztuki pisarskiej.

To chyba najlepsze, co może spotkać pisarza.

Clarke’a już spotkało…

…Na szczęście jeszcze za życia…

 

Autor: A.Mason | piątek, 04 styczeń 2008 - 23:50
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i stało się. Życie, prześcignąwszy mnie w moich najnieśmielszych marzeniach, pokazało mi ogon, a następnie odwróciło się i zionęło we mnie ogniem, niczym jakiś niezbyt zachwycony moim widokiem smok. Leżę teraz na asfalcie, wiele się od niego nie odróżniając, bo spalonym. Każdy, nieobeznany ze zwyczajami tutejszych smoków, przechodzień może mnie podeptać i nawet nie musi przepraszać za nieuwagę.

Spalonym jest nie tylko ze smoka, ale bardziej jeszcze ze wstydu, któren mnie ogarnia, gdy po mnie przechodzi kobieta, do której bardziej przynależna jest sukienka, czy też spódnica niźli spodnie. Czerwienieję ze wstydu patrząc w… niebo i widząc majt… ające po niebie chmury. Na chwilę zaczynam odróżniać się od czarnego asfaltu i wtedy zaczynam obrywać po łbie za podglądactwo. Nie jest źle, jeśli obrywam parasolką, tudzież torbą z zakupami, gorzej, gdy obrywam czerwoną torebką. Damską.

No właśnie.

A wszystko zaczęło się od tego, o czym mogliście przeczytać u mnie już wcześniej - kupiłem, ku swojej zgubie, „Ferdydurke”. I postanowiłem kupić Gałczyńskiego. I jak to zwykle w życiu bywa, to spłatało mi psikusa i już w dwa dni po postanowieniu udało mi się wieszcza zanabyć. W taniej, co prawda, książce, i starej, ale jednak był.

Ale nie to stało się moim nieszczęściem, ani fakt, że zakupioną książkę z nudów wspomniałem przeczytawszy ją drugi od dawna raz. Były to „Listy z fiołkiem” – zbiór listów obywatela Karakuliambra zawsze tytułowanych „Szanowny Obywatelu Redaktorze!”.

W jednym z wyżej wspomnianych listów Karakuliambro pisze do Redaktora w sprawie portfela, co go mu gdzieś w czasie uroczystości wcięło, przez co zasoby pieniężne oraz pamiątkowe listy, obywatel piszący zmuszony jest nosić w damskiej torebce swojej nieboszczki ciotki. Czy czerwonej? Nie wiem, ale mniemam, że coś w okolicy tego koloru, gdyż jak pisze Karakuliambro, jego torebka stała się przedmiotem szyderstw wszystkich lokatorów domu. Na zakończenie zapytowywuje on (K., bo przecież nie dom), czy „wolny mężczyzna na wolnym kontynencie nie może nosić damskiej torebki? Czy wszystkie poczynania muszą być wyszydzane”?

Śmiech mnię wziął wielki, gdy przeczytałem powyższe, bo natychmiast skojarzyłem sobie to ze sprawą czerwonej torebki obywatela Tinky Winky, Teletubisiem zwanego i przez panią Ewę Sowińską zbadanym mającym być na okoliczność homoseksualizmu.

Śmiech mnię wziął, gdyż wiedziałem, że będę miał świetny wpis w bloga.

Ale nieszczęściem nie zabrałem się za pisanie w porę, co okazało się katastrofą nieprzebolałą przeze mnie, bo dziś został mi podsunięty pod nos news, że w rankingu „2007 Idiot of the Year” zorganizowanym na swoim blogu przez Emila Steinera, redaktora dziennika „Washington Post”, trzecie mniejsce zajęła… „Ewa Sowinska of Poland!”!

Oczywiście nie posądzam Was, że nie będziecie wiedzieli za co…

I jak tu teraz poważnie potraktować mój pomysł podsunięcia pani Sowińskiej rzeczonego wyżej zbioru listów, celem usunięcia i wymazania imć Gałczyńskiego z kanonu lektur szkolnych?

Nawet w Ameryce nie wezmą mnie poważnie…

 

 

 

Autor: A.Mason | środa, 02 styczeń 2008 - 21:49
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i na koniec roku, jak zwykle polazłem do księgarni. Hmm… Źle… Powinienem napisać - jak zwykle poszedłem do księgarni, a było to na koniec roku. Niby różnica niewielka, ale przynajmniej żaden wprawny czytelnik mojego bloga nie zarzuci mi, że chodzę do księgarni tylko na koniec roku.

Chociaż wziąwszy pod uwagę tempo, w jakim od jakiegoś czasu czytuję książki, wcale nie byłoby nierozsądnym skakać do sprzedajni książek tylko raz w roku.

No, ale cóż, poszedłem do tej lubelskiej księgarni… dziwne, ale ciekawe rzeczy przytrafiają mi się tylko w lubelskich księgarniach. Fatum jakie, czy co?

No więc nie napiszę już, że poszedłem do księgarni, bo bym się powtórzył, a tu przecież nie o wierszówkę chodzi, tylko o to, żeby czytelnik miał co czytać.

Przejdę kawałek dalej i dojdę do tego, że doszedłszy do kasy położyłem wybrane przeze mnie książki na ladzie. Oczywiście, po to, żeby je kupić, bo książek z reguły nie sprzedaję, co najwyżej oddaję za freeko potrzebującym.

Położyłem na ladzie i jak zwykle zapytałem… Od dziesięciu lat co poszedłem do księgarni pytałem, bo nie miałem, a zależało mi, żeby mieć. Tylko że w księgarni nigdy nie mieli, a jak mieli, to ja nie miałem… pieniędzy.

To zapytałem:

- A „Ferdydurke” mają oni?

A oni… właściwie to były one… w liczbie jeden:

- Chwileczkę, sprawdzę.

I zaczęła sprawdzać.

„Ha!” zaśmiałem się w duszy, bo mnie się śmieszno zrobiło. Nigdy nie mieli, nawet jak sprawdzali.

- Proszę - powiedziała księgarnia (to ta pani, co sprzedaje w księgarni, jakby kto nie znał podstaw polskiego).

Księgarnia powiedziała „proszę”, Ferdydurke zaległa na ladzie, a mnie zatkało.

Mina mnie zrzedła, a pani księgarnia niezrażona kontynuowała:

- Sukces byłego ministra Giertycha.

No i faktycznie, dziesięć lat nie było, a teraz Roman mi załatwił, że było. Wystarczyło książkę wypieprzyć z kanonu lektur szkolnych, a już ludzie znów zaczynają ją czytać z przyjemnością, a nie ze szkolnym przymusem. A jak wiadomo, popyt czyni podaż, więc książkę bez problemu można dorwać już na półkach.

Nawet po tym, jak ustąpił ze stanowiska, trzeba przyznać, że nie bez kozery zawsze prezesa LPRu lubiłem.

Hmmm, a wiecie, że to nie byłby wcale zły pomysł, żeby tak wypatroszyć cały kanon lektur szkolnych i zamienić go innymi? Ludziska zaczęli by znowu czytać klasykę, co to wszyscy ją znają, a nie czytają… I tak co jakiś czas nowe lektury do kanonu, a stare do czytania ludziom…

Tylko o co ja teraz mam pytać w księgarniach?…

…Może o Gałczyńskiego?

 

 

Autor: A.Mason | niedziela, 16 grudzień 2007 - 9:18
Kategoria: Fantastyka

Dawno mnie tutaj nie było. No cóż, nikt i tak się nie dopraszał nowych wpisów… To teraz rozpoczynam na nowo pisanie bez wielkiego szumu, a co tam.

Co się w tym czasie wydarzyło, że nie pisałem? Sporo, ale nic wartego wspomnienia. No, może poza tym, że moja pasja fotografowania nie osłabła, a nawet wzmocniła się. Będziecie pewnie mieli nie raz jeszcze zauważyć to w kolejnych wpisach w moim blogu, więc nie będę się póki co rozwodził niepotrzebnie.

A teraz, znów do blogowania, no bo przecież po to tu jesteśmy.

 

Przez kilka dni nie było mnie w domu. Jak zwykle – podróż, potem od razu służba. Dopiero po powrocie mogłem sobie siąść i spokojnie myśleć.

I co z tego pomyślunku wyszło? Doszedłem do wniosku, że wpadnę w kompleksy. Właściwie to tylko w jeden kompleks, ale bardzo poważny. Dotąd na to nie narzekałem specjalnie, ale ja wrażliwy człowiek jestem i niestety przy takim nawale nie ma szans, każdy by musiał ulec. Tak więc powoli wpadam w kompleks, stoję niemal na skraju przepaści. Dlaczego? To proste, bo oni wszyscy moi przyjaciele z Anglii i USA uważają, że mam za małego Dicka. Myślę, że nie muszę nikomu tłumaczyć, co to znaczy, gdy co chwilę ktoś ci przypomina, że masz za małego…

Dotąd myślałem, że ja Dicka mam normalnego – nie za dużego, ani nie za małego, takiego w sam raz.

Okazuje się, że jednak nie.

 

Czy jakieś circa kilka tysięcy stron to mało?

Najwyraźniej tak, skoro wszyscy Anglo-Amerykanie uważają, że to co mam, to za mało i chcą mi pomóc powiększyć…

…mój księgozbiór.

…bo cóż innego mogłyby znaczyć setki postów o tytule “enlarge your dick”?

 

Ot i nawet na tym najprostszym przykładzie widać różnicę w podejściu Anglo-Amerykanów i Polaków. Oni ze swoich autorów literatury fantastycznej są dumni, powiedziałbym nawet, że stawiają ich wyżej niż autorów innych gatunków. Filmy tworzą na podstawie książek. I to całkiem niezłe (uwielbiam Łowcę androidówPamięć Absolutną). Szczególnie widać to jeśli autor osiągnie sukces komercyjny i jego książki się nieźle sprzedają.

 

A my?

Szkoda gadać. Najlepiej się sprzedające książki muszą zostać zjechane w recenzjach. Szczególnie widać to w recenzjach różnych periodyków i portali internetowych. W końcu nic tak nie napędza czytelników, jak zła recenzja bardzo popularnej książki. Bo oczywiście recenzent wie i widzi, jak dany autor jest popularny, ale musi zaznaczyć, że na przekór wszystkim on "nie widzi w danej książce nic"… I mniej więcej do tego sprowadza się sporo recenzji internetowych… i papierowych.

Bo każdy szanujący się kandydat na "poważnego" krytyka literackiego musi pokazać, że popularna książka jest zła. Niezależnie od treści… No, chyba że przed takim "poważnym" krytykiem znajdzie się poważny krytyk, który jednak pochwali takie popularne dzieło. Wtedy kandydatowi nie za bardzo wypada.

Ale jednak i tak swoje trzy grosze musi napluć na dzieło, że "w zasadzie tak, ale on nie".

Szkoda.

Na szczęście rzadko kiedy jest to szkoda dla autora książki, bo te zwykle bronią się same. Szkoda dla mnie, od czasu do czasu przeglądającego w sieci różne takie recenzje.

 

A to przecież trzeba jak ci moi anglo-amerykańscy przyjaciele. Codziennie dostaję od nich kilkaset listów, że moja kolekcja Dicka jest za mała i że powinienem sobie powiększyć. Co prawda z samych listów nic nie rozumiem (angielski uważam za język barbarzyńców), ale po ilości wykrzykników poznaję, jak bardzo entuzjastycznie oni podchodzą do swoich pisarzy.

Może my powinniśmy spróbować podobnie?

E, może jednak lepiej nie, bo wszystkie te listy lądują u mnie w koszu, więc z przesadnie optymistycznymi recenzjami mogłoby być podobnie.

Trochę za daleko mi do optymizmu Amerykanów.