Znowu byłem w księgarni… właściwie to nawet w księgarniach i w taniej książce. Byłem też w kinie na „Labiryncie Fauna”, ale nie wiem, czy warto o tym wspominać?
Książki, które mam do przeczytania, zaczynają mnie powoli przerażać. Ułożyłem je w stosik, który możecie obejrzeć na zdjęciu obok. Zaczyna mnie to martwić, bo możliwe, że jeśli w najbliższym czasie trafią się jeszcze jakieś ciekawostki, z wspomnianego stosu będę musiał część egzemplarzy odłożyć do przeczytania, w czasie gdy będę miał go więcej – czyt. na emeryturze.
Lecąc po kolei, na stos trafiły (od góry):
- „Wykłady z grawitacji” Richarda Faynmana;
- „Podatek” Mileny Wójtowicz;
- „Dobry omen” Pratchetta i Gainmana;
- „Obcy w obcym kraju” Roberta Heinleina;
- dwa tomy antologii „Tempus Fugit”;
- „Ewangelia według Afraniusza” – Kiryła Yeskova (jak się pisze Jeskow?);
- pierwszy tom „Arki Odkupienia” Alastaira Reynoldsa;
- antologia „To co najlepsze w SF”;
- „Prawdopodobieństwo = 1” Amira Aczela;
- „Nĕco je jinak” i „Všechno je jinak” Ondřeja Neffa;
- antologie „Železo přichází z hvézd”, „Návrat na planetu Zemi”, „Stalo se zítra” i „Lidé ze souhvĕzdí Lva”
Najbardziej ciekawią mnie dwie ostatnie pozycje na liście. To książki, które kupiłem będąc w Czechach. Neff próbuje skomentować stan czechosłowackiej fantastyki (na 81 rok) oraz zmapować literaturę fantastyczno-naukową od czasów jej powstania (wydanie z ’86). Antologie powstały w latach 1983-85, zdążyłem je przeglądnąć tylko pobieżnie, ale wyglądają na kawałek starej, dobrej fantastyki.
Dlaczego, jestem tak ciekawy tych czeskich tekstów? Ponieważ setnie rozbawił mnie szort Pavla Šrédla – „…lecz olbrzymi krok dla ludzkości” (A velký skok pro lidstvo). Pozwolę go sobie przetłumaczyć i zacytować w całości, bo ów szort pretenduje do miana dowcipu:
„…lecz olbrzymi krok dla ludzkości”
…łup…
– Aaauuuuć… fuj, cholerna robota, pierwszy krok na Plejadzie 6/b i musiałem akurat depnąć na grabie!!!
Osobny akapit muszę poświęcić czterem pozycjom. Swego czasu do recenzji z Fahrenheita dostałem „O poznaniu w twórczości Stanisława Lema” Macieja Płazy; z ostatniej podróży do Lublina wróciłem z „Rasą drapieżców” Stanisława Lema oraz „Co to są sepulki?” Wojciecha Orlińskiego; a wczoraj do kolekcji dokupiłem „Bogów Lema” autorstwa Marka Oramusa. Lektura tychże książek oraz dyskusji na forach internetowych skłoniła mnie do przemyśleń na temat autorytetów moralnych i literackich. Jeżeli mi się uda zdążyć, postaram się napisać na ten temat felieton do najbliższego Fahrenheita, jeśli nie – do któregoś z następnych.
Nabyłem też książki, które już czytałem, ale postanowiłem uzupełnić swoją biblioteczkę. W tej kategorii trafiły mi się: „Wieczna Wojna” Joe Haldemana (naprawdę wyśmienita książka); „Aksamitny Anschluss” Giena Dębskiego (kurcze, znamy się już tyle czasu, a ja żadnego autografu od niego nie mam… A nie, zaraz, mam – dał mi go na wizytówce przy pierwszym naszym spotkaniu, dotąd ją gdzieś mam zachowaną); „Harry Potter i kamień filozoficzny” (co by nie mówić, to już też jest klasyka).
Kupiłem także dwa egzemplarze „Rozmów z planetami” Anthonego Aveniego. Jeden już miałem, ale postanowiłem obdarować znajomych tą naprawdę ciekawą książką. Jedną z tych osób miał być Adaś Cebula, ale… dopiero poniewczasie zorientowałem się, od kogo o tej książce usłyszałem. Sami zobaczcie. Nie chce ktoś może tej książeczki?
Na samym końcu wypatrzyłem redagowaną przez Bellonę powieść o paraszutyźmie. „Git” – pomyślałem sobie – „Będę miał o czym pogadać z Magdą Kozak, toć spadochrony to jej żywioł”.
Jakież było moje zdumienie, kiedy odkryłem, że książka o zwodniczym tytule „Shute”, ze spadochronami nie ma nic wspólnego. Na szczęście należy ona do klasyki sci-fi, więc nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto. Okazało się, że kupiłem powieść marynistyczną… W sumie niby temat pokrewny, a i spadochroniarzom zdarza się czasem wylądować w wodzie. No cóż, pomyłki się zdarzają, nawet mi, i dopiero sprawdziwszy słownik zorientowałem się, że spadochron, czyli w języku barbarzyńców „szut”, pisze się przez „ch” a nie „sh”. W sumie to nawet dobrze, bo nie mógłbym wytrzymać, żeby nie ponatrząsać się z autora, który przybrał pseudonim Ostatni Brzeg. A naśmiewać się z cudzego nazwiska jest przecież nieładnie*…
_________________
* dla tych, którzy zastanawiają się, co za „popapraniec” mógł sobie przybrać pseudonim Ostatni Brzeg wyjaśniam, że opisana przeze mnie historyjka zasadza się na zabawie w zamianie autora z tytułem, tzn. w rzeczywistości autor nazywa się Nevil Shute (właśc. Nevil Shute Norway), a tytuł książki przez niego napisanej, to „Ostatni brzeg” ;-)
