Autor: A.Mason | niedziela, 16 Grudzień 2007 - 9:18
Kategoria: Fantastyka

Dawno mnie tutaj nie było. No cóż, nikt i tak się nie dopraszał nowych wpisów… To teraz rozpoczynam na nowo pisanie bez wielkiego szumu, a co tam.

Co się w tym czasie wydarzyło, że nie pisałem? Sporo, ale nic wartego wspomnienia. No, może poza tym, że moja pasja fotografowania nie osłabła, a nawet wzmocniła się. Będziecie pewnie mieli nie raz jeszcze zauważyć to w kolejnych wpisach w moim blogu, więc nie będę się póki co rozwodził niepotrzebnie.

A teraz, znów do blogowania, no bo przecież po to tu jesteśmy.

 

Przez kilka dni nie było mnie w domu. Jak zwykle – podróż, potem od razu służba. Dopiero po powrocie mogłem sobie siąść i spokojnie myśleć.

I co z tego pomyślunku wyszło? Doszedłem do wniosku, że wpadnę w kompleksy. Właściwie to tylko w jeden kompleks, ale bardzo poważny. Dotąd na to nie narzekałem specjalnie, ale ja wrażliwy człowiek jestem i niestety przy takim nawale nie ma szans, każdy by musiał ulec. Tak więc powoli wpadam w kompleks, stoję niemal na skraju przepaści. Dlaczego? To proste, bo oni wszyscy moi przyjaciele z Anglii i USA uważają, że mam za małego Dicka. Myślę, że nie muszę nikomu tłumaczyć, co to znaczy, gdy co chwilę ktoś ci przypomina, że masz za małego…

Dotąd myślałem, że ja Dicka mam normalnego – nie za dużego, ani nie za małego, takiego w sam raz.

Okazuje się, że jednak nie.

 

Czy jakieś circa kilka tysięcy stron to mało?

Najwyraźniej tak, skoro wszyscy Anglo-Amerykanie uważają, że to co mam, to za mało i chcą mi pomóc powiększyć…

…mój księgozbiór.

…bo cóż innego mogłyby znaczyć setki postów o tytule „enlarge your dick”?

 

Ot i nawet na tym najprostszym przykładzie widać różnicę w podejściu Anglo-Amerykanów i Polaków. Oni ze swoich autorów literatury fantastycznej są dumni, powiedziałbym nawet, że stawiają ich wyżej niż autorów innych gatunków. Filmy tworzą na podstawie książek. I to całkiem niezłe (uwielbiam Łowcę androidówPamięć Absolutną). Szczególnie widać to jeśli autor osiągnie sukces komercyjny i jego książki się nieźle sprzedają.

 

A my?

Szkoda gadać. Najlepiej się sprzedające książki muszą zostać zjechane w recenzjach. Szczególnie widać to w recenzjach różnych periodyków i portali internetowych. W końcu nic tak nie napędza czytelników, jak zła recenzja bardzo popularnej książki. Bo oczywiście recenzent wie i widzi, jak dany autor jest popularny, ale musi zaznaczyć, że na przekór wszystkim on "nie widzi w danej książce nic"… I mniej więcej do tego sprowadza się sporo recenzji internetowych… i papierowych.

Bo każdy szanujący się kandydat na "poważnego" krytyka literackiego musi pokazać, że popularna książka jest zła. Niezależnie od treści… No, chyba że przed takim "poważnym" krytykiem znajdzie się poważny krytyk, który jednak pochwali takie popularne dzieło. Wtedy kandydatowi nie za bardzo wypada.

Ale jednak i tak swoje trzy grosze musi napluć na dzieło, że "w zasadzie tak, ale on nie".

Szkoda.

Na szczęście rzadko kiedy jest to szkoda dla autora książki, bo te zwykle bronią się same. Szkoda dla mnie, od czasu do czasu przeglądającego w sieci różne takie recenzje.

 

A to przecież trzeba jak ci moi anglo-amerykańscy przyjaciele. Codziennie dostaję od nich kilkaset listów, że moja kolekcja Dicka jest za mała i że powinienem sobie powiększyć. Co prawda z samych listów nic nie rozumiem (angielski uważam za język barbarzyńców), ale po ilości wykrzykników poznaję, jak bardzo entuzjastycznie oni podchodzą do swoich pisarzy.

Może my powinniśmy spróbować podobnie?

E, może jednak lepiej nie, bo wszystkie te listy lądują u mnie w koszu, więc z przesadnie optymistycznymi recenzjami mogłoby być podobnie.

Trochę za daleko mi do optymizmu Amerykanów.