Autor: A.Mason | czwartek, 01 Lipiec 2010 - 17:50
Kategoria: Fantastyka, Fotografia

Są sprawy smutne i wesołe. Generalnie lubię marudzić, ale jak jest wesoło, też mi to nie przeszkadza. Swego czasu obraziłem się na „Nową Fantastykę”, obraziłem się tak bardzo, że zapowiedziałem, że już tego czasopisma nie będę kupował. Smutna sprawa, bo na tym piśmie się wychowałem i ogromnie je ceniłem. Moje uwielbienie po pewnym czasie zmieniło się w sentyment. Sentyment ów odczuwałem przez kilka lat, by po kolejnej aferze z udziałem Konrada Lewandowskiego i redakcji NF (nota bene, z forum NF uciekła wtedy spora ilość cennych ludzi), sentyment przekształcił się w żal.

Teraz czas na wesołą nowinę – w ostatnim numerze do czasopisma dołączono książkę Paula Andersona „Stanie się czas”. Mimo złożonych obietnic nie byłem w stanie powstrzymać się przed kupieniem gazety.

Życie potrafi jednak płatać figle i bywa okropnie złośliwe, takie też było w momencie, kiedy przyszedłszy do domu zabrałem się do przeglądania czasopisma. Najbardziej zaciekawił mnie artykuł o czeskiej fantastyce. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tam zdjęcie Miroslava Žambocha… Nie muszę chyba dodawać, że fotografia była mojego autorstwa, a opublikowana została bez mojej zgody…

Nie wkurzyłoby mnie to, gdyby nie fakt, że ktoś, kto wykorzystał moją fotografię w artykule, najprawdopodobniej zrobił to świadomie i trudno nazwać to inaczej niż kradzieżą. Zdjęcie jest ogólnodostępne w internecie i bardzo łatwe do wyszukania poprzez Google. Co ważniejsze, na niemal wszystkich swoich zdjęciach nadrukowuję podpis autorski. W artykule w NF został on wycięty (rozumiem, względy edytorskie), co gorsza zdjęcie zostało wyretuszowane i nigdzie nie znalazłem informacji, kto jest jego autorem. Przykre, ale prawdziwe…

Ot złośliwość losu i znak, że ze skrewioną przez przewodasowstwo „Nową Fantastyką” powinienem skończyć raz na zawsze.

 

 


Fragment artykułu z moim zdjęciem


_IMGP4982.JPG
Oryginał zdjęcia



Autor: A.Mason | wtorek, 29 Czerwiec 2010 - 17:43
Kategoria: Fantastyka

Przypuszczam, że było to spotkanie przy okazji otwarcia wrocławskiej Księgarni z Fantastyką.

Plik ma 13 MB, a całość trwa ponad 30 minut (ściągnij plik).

Autor: A.Mason | poniedziałek, 15 Luty 2010 - 19:43
Kategoria: Fantastyka

Dawnymy czasy, kiedy dla mnie istniało coś takiego jak korespondencja poprzez e-mail, miałem taką swoją zabawę – do każdego listu dołączałem jako sygnaturkę losowy cytat z książki. W większości przypadków było to zdanie wyrwane i odseparowane z kontekstu, co nadawało mu nowego znaczenia. Jeśli ktoś by odebrał ode mnie jakiegoś maila, z dużym prawdopodobieństwem natrafiłby w nim na tego typu sygnaturkę. Nawet dziś.

Na moim blogu niewiele się dzieje, a weny twórczej mam za grosz, pomyślałem więc powrócić do dawnej zabawy i od czasu do czasu serwować Wam jakiś taki cycat. Ale plany swoje, a życie swoje i wygląda na to, że zacznę od fragmentu zupełnie poważnego, acz ciekawego. Dlaczego? Ponieważ czasem trudno jest dotrzeć do pewnych książek, lub są one mało popularne, albo po prostu niektóre wypowiedzi umykają naszej pamięci.

 

Dziś będzie to wypowiedź Kira Bułyczowa na temat fantastyki naukowej, z antologii „Utwory wybrane 1. Wielki Guslar i okolice” z 1987r.:

Fantastykę uważam za najbardziej nowoczesny rodzaj literatury, zdolny do szybkiego reagowania na wszystkie niepokojące nas dzisiaj sprawy. Przy zastosowaniu tak potężnego środka, jakim jest hiperbola, fantastyka staje się dla mnie sposobem ostrego i paradoksalnego przedstawienia zwykłego człowieka i stojących przed nim, i nami wszystkimi, problemów. W moim przekonaniu jest ona najbardziej interesująca wtedy, gdy czytelnik może postawić się na miejscu bohatera i wspólnie z nim wszystko przeżyć.

Czasami żąda się od fantastów prognoz futurologicznych czy wręcz umiejętności dokonywania odkryć naukowych. Kategorycznie się z tym nie zgadzam. Nauka w dzisiejszych czasach jest na tyle skomplikowana i wyspecjalizowana, że niekiedy uczeni nie mogą w pełni zrozumieć nad czym pracuje się w sąsiednim laboratorium. Pisarz nie ma prawa pretendować do poznania niuansów nauki i rozumienia procesu jej ewolucji. Jego zadaniem jest pisanie o współczesnych mu ludziach, o ich charakterach. Nie pisze on o przyszłości, lecz o człowieku stojącym w obliczu przyszłości zagadkowej, trudnej i niepokojącej.

 

 

 

Autor: A.Mason | niedziela, 20 Grudzień 2009 - 17:24
Kategoria: Fantastyka

Z okazji obchodzonych dziś 18 urodzin internetu, ciekawostka, na którą natrafiłem przypadkiem – kilka fragmentów z felietonu Rafała Ziemkiewicza (Nowa Fantastyka 5/98):

 

[...] Tymczasem, powiedzmy sobie szczerze – w takiej plątaninie, jaką jest Internet, nic się z nią zrobić nie da. Będzie z roku na rok, w miarę jak wzrasta liczba jej użytkowników, coraz gorzej – aż w końcu Internet zatka się na dobre i jako niepraktyczny (i nieekonomiczny – ale o tym dalej) ulegnie stopniowemu rozmontowaniu.

Otóż śpieszę z dobrą nowiną (dla kogo dobrą, dla tego dobrą – jak to się zaraz okaże). Już w początku przyszłego stulecia ruszą jeden po drugim (a niewykluczone, że trzy) nowe sieci. Każda oparta na osobnym systemie satelitów stacjonarnych.

[...]

To jest, jak to mówią jankesi, the good news. Teraz kolej na wiadomość złą; koniec z darmochą. Firmy telekomunikacyjne nie po to pakują kasę w wieszanie po niebie satelitów, żeby ją sobie odpisać od podatku jako działalność charytatywną – tylko po to, żeby im przyniosła kasę jeszcze większą.

[...]

Głupia sprawa, ale autorzy cyberpunku zdaje się ani przez chwilę o tym drobiazgu nie pomyśleli. Niech mnie Piotr Cholewa, który czytał tego więcej, poprawi, jeśli się mylę – ale chyba w żadnym z cyberpunkowych dzieł kwestia płatności za siecioróbstwo nie była w ogóle wzięta pod uwagę. Stara, klasyczna SF snuła z zamiłowaniem wizje ogólnej omnipotencji, za którą nikt płacić nie musiał. Ta nowa, bardzo się ze "starej, zmurszałej przyszłości" nabijająca, okazała się równie głupia.

[...]

Trzeba być ostatnim frajerem, by wierzyć, że obecny, pierwotny okres tworzenia cyberprzestrzeni będzie trwał wiecznie. Nie, kochani – to się już kończy. Kto chce sobie jeszcze postukać w klawisze za darmo, musi się pośpieszyć!

 

Autor: A.Mason | niedziela, 13 Grudzień 2009 - 4:45
Kategoria: Fantastyka

okladka

Dziś pomyślałem, że podrzucę Wam dwa krótkie cytaty z wywiadu z Łukaszem Orbitowskim dla słowackiego Istrozinu. Polski horror i spojrzenie na niego niespecjalnie mnie pociągają, więc z wywiadu wyciąłem dwa najbardziej interesujące mnie fragmenty dotyczące fantastyki. Myślę, że warto zerknąć jaki jej obraz przekazują nasi autorzy za granicą.

Tłumaczenie odbyło się na trasie słowacki-polski-słowacki-polski, więc od oryginału może nieco odbiegać ;-)

 

MK: Jak widzi Pan współczesny polski rynek fantastyki?

ŁO: [...] Jeśli rozdzielimy fantastykę na naukową i rozrywkową, to ta pierwsza ma się u nas bardzo dobrze. Wielu autorów pisze bardzo dobre, mocne i mądre ksiązki. Jacek Dukaj jest według mnie o krok od międzynarodowego sukcesu, ale wspomnieć trzeba także Wita Szostaka, Szczepana Twardocha, Jacka Sobotę. Gorzej jest z fantastyką rozrywkową, tu nasi autorzy często idą na łatwiznę, powtarzają się i tworzą według zasady „szybciej, mocniej, do przodu!”. Na uwagę zasługują przede wszystkim Grzędowicz, Kossakowska, ponieważ tych już Pan z pewnością zna, dołożę jeszcze Piotra Rogożę, wyśmienitego młodego autora.

MK: Bardzo popularna jest u was fantastyka związana z wojną lub militarystyką (u nas znani są z tego prądu Ziemiański, Grzędowicz i Magda Kozak, nawet Sapkowski niedawno napisał książkę o wojnie). Co jest głównym powodem, że się u Was pisze tyle tego rodzaju fantastyki?

ŁO: A kiedy Grzędowicz napisał jakiś militarystyczny tekst? Znów coś przeoczyłem. Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć, niech się zastanowię: może dlatego, że w Polsce mamy tak trochę kult armii, wspominamy czyny naszych żołnierzy, w literaturze robi to Jacek Komuda, a Ziemiański wskazuje, że możemy sobie całkiem dobrze poradzić nawet w jakiejś wojence w przyszłości. Zaskoczył mnie Pan trochę. Naprawdę myśli Pan, że to typowy polski przejaw? Według mnie wynika to z gier konsolowych, tam się wiele strzela, ludzie przyzwyczaili się, a teraz szukają strzelanin nawet w książkach.

 

Pierwszą odpowiedź cytuję w celach informacyjnych, gdyż miałem już okazję brać udział i być świadkiem niejednej dyskusji na temat kondycji fantastyki polskiej, więc nie czuję się na siłach do wznawiania tamatu i tutaj.

Zastanawia mnie jednak druga odpowiedź. Czy rzeczywiście na popularność fantastyki militarnej mają u nas wpływ gry? Dotąd na pierwszym miejscu stawiałbym naszą historię (naukę i spojrzenie), a przede wszystkim – film. Szczególnie, że najbardziej znana i ceniona u nas literatura militarystyczna pisana jest przez autorów, których o granie* bym nie posądzał.

Nie wydaje mi się też, żeby tworzyło się u nas takiej literatury znacznie więcej niż kiedy indziej, ale to może być kwestią interpretacji. To prawda, w ostatniej dekadzie wypłynęło na nurcie militarystycznym kilku autorów, ale trudno to nazwać jakimś prądem, bo nie poszli za tym inni. Nieco częściej wykorzystuje się we współczesnej fantastyce polskiej motywy sensacyjne, (para)militarne, ale czy fakt ten uprawnia do twierdzeń o wzroście czy popularności fantastyki militarystycznej i wojennej? Tego nie jestem pewien.

Gry dotąd traktowałem raczej jako konkurencję lub substytut książek, a nie jako produkt mogący wywołać jakikolwiek zauważalny pęd ku literaturze. I jeśli sobie przypomnę to, w co dotąd miałem okazję grać, to nie sądzę, żeby w jakakolwiek sposób wpłynęło to na mnie pobudzając czytania. Jeśli już, to do kupna kolejnej gry.

A jak to wygląda w Waszym przypadku?

 

 

PS: Zapomniałem oczywiście o efekcie „Wiedźmina” i wzroście sprzedaży książek Andrzeja Sapkowskiego spowodowanych sukcesem gry – jeden, jedyny chyba wyjątek, stanowiący niepewne, tudzież – chybotliwe, potwierdzenie tezy Łukasza Orbitowskiego ;-)

 

 

_______

* pisząc „granie” mam na myśli współczesne (młodzieżowe) normy czasu spędzanego przy grach ;-)

 

Autor: A.Mason | poniedziałek, 13 Kwiecień 2009 - 23:02

W zasadzie, to dobrze, jeśli nic się nie dzieje. Bo jeśli dzieje się źle, to jest niedobrze, a jeśli się dzieje dobrze, to ludzie chcą mieć lepiej, a to też niedobrze. W takim razie najlepiej, kiedy nic się nie dzieje. I na tym kończę.

 

Więc kiedy ktoś mnie pyta "Cóż tam, panie, w fantastyce?", zwykle odpowiadam "Spieprzaj".

Tylko nie dodaję "dziadu!"

…bo nie chcę wyjść na buraka*.

 

_____________

* swoją drogą zamiast "buraka" miało być inne słowo, ale gdybym napisał co myślę prokuratura pewnie by się mogła przyczepić o obrazę prezydenta.

 

Autor: A.Mason | niedziela, 28 Wrzesień 2008 - 20:18
Kategoria: Fantastyka

okladka

W ósmym numerze z 2008 roku "Nowej Fantastyki" największe kontrowersje i odzew wzbudził felieton Jarka Grzędowicza, a gdzieś obok niego przemknął zupełnie niezauważony tekst Marcina Przybyłka pt. "Poczucie winy". Co ciekawe, oba felietony wpisują się w dyskusję na temat tego, jaka powinna być literatura, tyle że Przybyłek głosi pozornie mniej kontrowersyjne poglądy.

Zacznę od końca Przybyłka (hej, tylko bez skojarzeń mi tu!), a mianowicie słów "Więc po raz ostatni: dość poczucia winy. Nauka może być, ale nie musi". Jest to teza, z którą zgadzam się bez kontekstu, a w kontekście felietonu – sprzeciwiam się jej do imentu. Dlaczego? Ponieważ Przybyłek pisze przede wszystkim o fantastyce naukowej (science-fiction), która moim zdaniem bez nauki nie ma prawa się obyć (nazwa w końcu do czegoś przecież zobowiązuje).

Jednak kiedy zacząłem zastanawiać się ile science jest w fiction, paradoksalnie doszedłem do dwóch skrajnych wniosków. Pomyślałem sobie, że każdy element naszego życia opisany jest jakąś nauką, od wpadającej do głowy jako pierwszej, kiedy mówimy o science-fiction – fizyki, przez matematykę, biologię, chemię, kulturę fizyczną… (a przepraszam, przypomniał mi sie plan zajęć z podstawówki). Można też przecież w powieściach i opowiadaniach znaleźć takie nauki jak psychologia, socjologia, a nawet sztuka i inne dziedziny humanistyczne.

Z drugiej strony, zacząłem się zastanawiać, ile rzeczywiście jest nauki w tych samych książkach, o których pomyślałem wyżej. Czy można nazwać powieścią science-fiction książkę, która jest zgodna ze stanem wiedzy jaką obecnie posiadamy, ale nie odwołuje się do niego bezpośrednio. Czym różni się statek kosmiczny wędrujący od gwiazdy do gwiazdy, w który przywali meteoryt, od samochodu osobowego, tudzież ciężarowego, który złapie gumę? W końcu i tu, i tu musi się znaleźć ktoś, kto wyjdzie na zewnątrz pojazdu i go naprawi. Gdzie tu w sf miejsce na naukę różniącą się od powieści realistycznej, skoro całość odbywać się będzie w pewnej opisanej (naukowo) rzeczywistości? A co z fantasy? Czyżby różnica była tylko w scenografii czy nauce? S-f = (astro)fizyka, fantasy = historia?

Oczywiście powyższy mój wywód zmierza w kierunku zdefiniowania tego, co dotąd nie zostało jeszcze zdefiniowane, a czego prób zdefiniowania ja się nie podejmę, pozostając jedynie przy kilku pytaniach.

Przybyłek w swoim felietonie postuluje jeszcze: «Czytelnicy gnieceni poczuciem winy, że czytacie coś "nienaukowego": zrzućcie je!». Z takim postulatem nie zgodzić się nie mogę, bo uważam, że każdy powinien czytać to, co lubi i chce, bez żadnego niż wewnętrzny przymus.

Skąd więc biorą się chęci zdeprecjonowania czytelników literatury nienaukowej i wzbudzenia w nich poczucia winy, że są gorsi? Wydaje mi się, że oprócz chęci dowartościowania się przez krytykantów, jest to związane po prostu ze złym rozumieniem tego, do czego powinna służyć literatura – rozrywce i nauce. Oczywiście, jeśli mam szeregować, to jako najbardziej wartościową najpierw wybrałbym literaturę łączącą naukę i rozrywkę, następnie służącą tylko li nauce i służącą rozrywce, na samym końcu – literaturę nie służącą niczemu i taką, która źle realizuje wcześniej przeze mnie wymienione cele.

Czy na podstawie książek jakie czytają można wartościować czytelników?

Tak…

No co? Zdziwieni takim stwierdzeniem? Jeżeli ktoś jako jedyną przyswajalną (podkreślam, żeby nie było…), przyjmuje literaturę tylko rozrywkową, odrzucając zupełnie tą zwaną potocznie "trudniejszą", to znaczy, że coś z nim jest nie tak. Albo próbuje zupełnie uciec od życia, albo nie starcza mu inteligencji, ewentualnie jedno i drugie. Najczęściej oznacza to cofanie się w rozwoju, a tego to już powinno się wstydzić…

Dlatego parafrazując Przybyłka:

Czytelnicy gnieceni poczuciem winy, że czytacie coś "bezwartościowego": zrzućcie je!, zacznijcie czytać także rzeczy bardziej wartościowe… niekoniecznie fantastykę…

 

 

Autor: A.Mason | czwartek, 11 Wrzesień 2008 - 5:54
Kategoria: Fantastyka

Trafiłem dziś na wywiad przeprowadzony przez czasopismo "Play" z Andrzejem Sapkowskim i oczom mym ukazał się las… Las literek. Część z nich wyglądała tak:

Książka i gra to zupełnie różne media. Przy całym szacunku dla postępu, zwłaszcza w branży komputerowej, książka się nie zmieni i zmienić nie może, zawsze będzie taka sama, jak była za Gutenberga. Fabuła książki musi być zwarta i konsekwentna, intryga musi – przez cały czas – zmierzać i prowadzić do jedynego słusznego zakończenia, jedynego możliwego finału. Tu absolutnie nie ma miejsca na jakąkolwiek interaktywność, jest ona nie do pomyślenia.

Czy aby na pewno? Jedyne możliwe zakończenie "Wiedźmina" (książki) okazuje się wcale nie jedynym możliwym finałem. Że jest zakończeniem otwartym dowodzą choćby prośby czytelników o kontynuację. Heh.

Wydaje mi się, że w literaturze można znaleźć wiele książek, które mają otwarte zakończenia, a można znaleźć i takie, których zakończenie było przez autora zmieniane ("Limes Inferior" Zajdla). Jak więc tutaj mówić o jedynym słusznym zakończeniu?

A brak interaktywności? Czy na pewno jest nie do pomyślenia? Kilkanaście lat temu dosyć popularna była seria "Wehikuł Czasu" – cykl książek, w których czytelnik miał wpływ na losy bohaterów. Po każdym mini rozdziale było pytanie o wybór z kilku możliwych działań bohatera i w zależności od tej decyzji czytelnik przeskakiwał na różne strony.

Oczywiście książeczki te były jak Windows – można się było na nich "zapętlić", treść często zostawiała sporo do życzenia, ale jednak istniały i wcale nietrudno wyobrazić sobie ich doskonalsze wersje pozbawione "bugów".

Andrzej Sapkowski więc albo nie zna, albo po prostu zignorował ten kawałek historii literatury…

 

Autor: A.Mason | środa, 19 Marzec 2008 - 2:00
Kategoria: Fantastyka

Dziś zmarł Arthur C. Clarke.

I właściwie na tym powinienem zakończyć wpis do bloga, gdyż od jakiegoś czasu nie lubię internetowych zwyczajów w rodzaju stawiania świeczek czy nabożnego opłakiwania zmarłych. Głupie to i tak naprawdę w większości przypadków niczemu nie służy, a jest tylko przejawem swego rodzaju ekshibicjonizmu.

Człowiek "żyje", dopóki się o nim pamięta. Pisarz, dopóki "żyją" jego książki.

Teraz czekam na chwilowy "boom" w prasie, radiu i telewizji, na wzmożone zainteresowanie twórczością Clarke’a, oraz na sporą ilość artykułów o nim.

A potem na ciszę…

I tylko sporadyczne westchnienie jakiegoś nastolatka, który przy okazji jakiejś kolekcji klasyki oglądnie sobie "Odyseję". Albo może takiego (będzie to chyba rzadszy przypadek), który przeglądnąwszy "kanon" literatury s-f postanowi sięgnąć po którąś z książek sir Arthura.

Miło będzie przeczytać jakąś entuzjastyczną wypowiedź młodzieńca, który pierwszy raz odkryje "Spotkanie z Ramą". Niestety będzie to jakiś zwariowany młodzieniec, bo obawiam się, że dla przeciętnego współczesnego dzieciaka "to już będzie nie to"…

Może to i lepiej?

Za jakiś czas same książki Clarke’a ulegną "zapomnieniu", podobnie jak "Odyseja" czy inne dzieła Homera. Klasyka, którą wszyscy znają, ale nie czytają. Klasyka, która wraca we współczesnych interpretacjach. Klasyka, której pierwiastki przebijają się w dziełach bezwiednych adeptów sztuki pisarskiej.

To chyba najlepsze, co może spotkać pisarza.

Clarke’a już spotkało…

…Na szczęście jeszcze za życia…

 

Autor: A.Mason | niedziela, 16 Grudzień 2007 - 9:18
Kategoria: Fantastyka

Dawno mnie tutaj nie było. No cóż, nikt i tak się nie dopraszał nowych wpisów… To teraz rozpoczynam na nowo pisanie bez wielkiego szumu, a co tam.

Co się w tym czasie wydarzyło, że nie pisałem? Sporo, ale nic wartego wspomnienia. No, może poza tym, że moja pasja fotografowania nie osłabła, a nawet wzmocniła się. Będziecie pewnie mieli nie raz jeszcze zauważyć to w kolejnych wpisach w moim blogu, więc nie będę się póki co rozwodził niepotrzebnie.

A teraz, znów do blogowania, no bo przecież po to tu jesteśmy.

 

Przez kilka dni nie było mnie w domu. Jak zwykle – podróż, potem od razu służba. Dopiero po powrocie mogłem sobie siąść i spokojnie myśleć.

I co z tego pomyślunku wyszło? Doszedłem do wniosku, że wpadnę w kompleksy. Właściwie to tylko w jeden kompleks, ale bardzo poważny. Dotąd na to nie narzekałem specjalnie, ale ja wrażliwy człowiek jestem i niestety przy takim nawale nie ma szans, każdy by musiał ulec. Tak więc powoli wpadam w kompleks, stoję niemal na skraju przepaści. Dlaczego? To proste, bo oni wszyscy moi przyjaciele z Anglii i USA uważają, że mam za małego Dicka. Myślę, że nie muszę nikomu tłumaczyć, co to znaczy, gdy co chwilę ktoś ci przypomina, że masz za małego…

Dotąd myślałem, że ja Dicka mam normalnego – nie za dużego, ani nie za małego, takiego w sam raz.

Okazuje się, że jednak nie.

 

Czy jakieś circa kilka tysięcy stron to mało?

Najwyraźniej tak, skoro wszyscy Anglo-Amerykanie uważają, że to co mam, to za mało i chcą mi pomóc powiększyć…

…mój księgozbiór.

…bo cóż innego mogłyby znaczyć setki postów o tytule „enlarge your dick”?

 

Ot i nawet na tym najprostszym przykładzie widać różnicę w podejściu Anglo-Amerykanów i Polaków. Oni ze swoich autorów literatury fantastycznej są dumni, powiedziałbym nawet, że stawiają ich wyżej niż autorów innych gatunków. Filmy tworzą na podstawie książek. I to całkiem niezłe (uwielbiam Łowcę androidówPamięć Absolutną). Szczególnie widać to jeśli autor osiągnie sukces komercyjny i jego książki się nieźle sprzedają.

 

A my?

Szkoda gadać. Najlepiej się sprzedające książki muszą zostać zjechane w recenzjach. Szczególnie widać to w recenzjach różnych periodyków i portali internetowych. W końcu nic tak nie napędza czytelników, jak zła recenzja bardzo popularnej książki. Bo oczywiście recenzent wie i widzi, jak dany autor jest popularny, ale musi zaznaczyć, że na przekór wszystkim on "nie widzi w danej książce nic"… I mniej więcej do tego sprowadza się sporo recenzji internetowych… i papierowych.

Bo każdy szanujący się kandydat na "poważnego" krytyka literackiego musi pokazać, że popularna książka jest zła. Niezależnie od treści… No, chyba że przed takim "poważnym" krytykiem znajdzie się poważny krytyk, który jednak pochwali takie popularne dzieło. Wtedy kandydatowi nie za bardzo wypada.

Ale jednak i tak swoje trzy grosze musi napluć na dzieło, że "w zasadzie tak, ale on nie".

Szkoda.

Na szczęście rzadko kiedy jest to szkoda dla autora książki, bo te zwykle bronią się same. Szkoda dla mnie, od czasu do czasu przeglądającego w sieci różne takie recenzje.

 

A to przecież trzeba jak ci moi anglo-amerykańscy przyjaciele. Codziennie dostaję od nich kilkaset listów, że moja kolekcja Dicka jest za mała i że powinienem sobie powiększyć. Co prawda z samych listów nic nie rozumiem (angielski uważam za język barbarzyńców), ale po ilości wykrzykników poznaję, jak bardzo entuzjastycznie oni podchodzą do swoich pisarzy.

Może my powinniśmy spróbować podobnie?

E, może jednak lepiej nie, bo wszystkie te listy lądują u mnie w koszu, więc z przesadnie optymistycznymi recenzjami mogłoby być podobnie.

Trochę za daleko mi do optymizmu Amerykanów.