Autor: A.Mason | wtorek, 15 Czerwiec 2010 - 17:35
Kategoria: Zwykłe wpisy

Od kilku dni zerkam sobie na stronach www na relacje debat politycznych oraz mecze Mistrzostw Piłki Nożnej w RPA. Dziś włączyłem Wiadomości TVP, gdzie usłyszałem, że od poniedziałku bloki reklamowe w telewizjach nie mogą przekraczać swoją głośnością reszty programu. Oczywiście usłyszałem też, że wydawcy już dostosowali się do obowiązujących przepisów.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy włączając na stronie itvp.pl „Mundialowy wieczór” (z 14 czerwca), zaatakowała mnie potwornie głośna reklama pewnej karty kredytowej. No cóż, bloków reklamowych w telewizji on-line najwyraźniej rozporządzenie KRRiT nie przewidziało…

 

Autor: A.Mason | środa, 05 Sierpień 2009 - 0:38
Kategoria: Zwykłe wpisy

Bywają sytuacje głupie, a bywają jeszcze głupsze.

No i bywają sytuacje najgłupsze.

Te ostatnie przydarzają mi się zdecydowanie za często, ale sprawa wbrew humorystycznemu przedstawieniu jej przeze mnie jest poważna.

Otóż kupiłem sobie radio, coby móc wysłuchać „Trójki”. Wiecie, podobno groziła jej likwidacja, zbierano podpisy pod petycje itd. Podpisałbym, ale radia nie słuchałem od kilku lat. No to sobie kupiłem, żeby dowiedzieć się – podpisać się, czy nie.

No i tak przez ostatnie dni podsłuchiwałem sobie na przemian Radio Numer Trzy i Radio Ojca Rydzyka. Ale dziś, jako że odbiór nie był zbyt dobry, za pięć minut północ zacząłem kręcić pokrętłem (kręcenie gałką niektórym źle się kojarzy) i wykręciłem tym razem program, na którym jakaś kobieta czytała książkę. Dykcję miała odpowiednią, fabuła wydała się ciekawa, to się zasłuchałem. Oczywiście nie muszę wspominać, że tuż przed północą jest już noc, a w nocy ludzie powinni spać. Ja nie spałem, ale się już przyszykowałem.

No i wybiła północ, o której okazało się, że słucham Polskiego Radia Numer Jeden.

Północ wybiła, ale to nie duchy spowodowały, że ogarnęło mnie przerażenie. W radyjku usłyszałem bowiem… hymn państwowy! Oczywiście nie od razu się przeraziłem, bo w pierwszej chwili zacząłem sobie próbować przypomnieć jaka dziś data i jakie święto lub jakie wspomnienie ważnego wydarzenia spowodowało, że w radiu puścili hymn. Przeraziłem się dopiero w momencie, kiedy zdałem sobie sprawę z pewnej rzeczy…

Ci z Was, którzy nie zdążyli się jeszcze zorientować w mojej sytuacji, niech wspomną sobie:

 

Art. 14. Ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych:

 

1. Podczas wykonywania lub odtwarzania hymnu państwowego obowiązuje zachowanie powagi i spokoju. Osoby obecne podczas publicznego wykonywania lub odtwarzania hymnu stoją w postawie wyrażającej szacunek, a ponadto mężczyźni w ubraniach cywilnych – zdejmują nakrycia głowy [...]

 

Teraz chyba już rozumiecie moje przerażenie. Przez całe życie uczono mnie, że w momencie grania hymnu powinienem zachowywać się jak ustawa nakazuje, tyle że…

No właśnie! Trochę trudno, kiedy publicznie odtwarzają hymn (w końcu to radio publiczne jest), stać tak w samych majtkach i wyrażać swoją postawą szacunek…

Pewnych najgłupszych sytuacji nawet ustawa nie przewiduje.

 

Autor: A.Mason | poniedziałek, 13 Kwiecień 2009 - 23:02

W zasadzie, to dobrze, jeśli nic się nie dzieje. Bo jeśli dzieje się źle, to jest niedobrze, a jeśli się dzieje dobrze, to ludzie chcą mieć lepiej, a to też niedobrze. W takim razie najlepiej, kiedy nic się nie dzieje. I na tym kończę.

 

Więc kiedy ktoś mnie pyta "Cóż tam, panie, w fantastyce?", zwykle odpowiadam "Spieprzaj".

Tylko nie dodaję "dziadu!"

…bo nie chcę wyjść na buraka*.

 

_____________

* swoją drogą zamiast "buraka" miało być inne słowo, ale gdybym napisał co myślę prokuratura pewnie by się mogła przyczepić o obrazę prezydenta.

 

Autor: A.Mason | środa, 04 Luty 2009 - 16:38
Kategoria: Zwykłe wpisy

Kryzys kryzysa kryzysem pogania, wiec i ja nie będę poganiał, tylko przekaże Wam dobrą nowinę. Jak już Was ten kryzys mocno przyciśnie, to idźcie do kiosku. Nie! wiem, że w gazetach też cały czas trąbią o katastrofie gospodarczej i człowieka to przygnębia. Proponuję kupić jakieś dwa dzienniki z dołączonymi do nich w bonusie płytami z filmami. Gazety najlepiej od razu wyrzucić, filmy obejrzeć (jeśli się ich jeszcze nie widziało), a potem powspominać czasy, kiedy człowieka nie było stać na dwie gazety, a płyty dodawano tylko w cenie „bonusowej”.

Ci, którzy filmy zdążyli obejrzeć wcześniej, mają jeszcze lepiej. Niech wspomną czasy, kiedy na filmy w TV czekało się latami, nie było ich stać na kino, cyfrę, ani na szybkie łącze internetowe, a płyty CD (nawet czyste) kosztowały 20 złotych.

Nie jest źle.

Nie?

 

 

Autor: A.Mason | poniedziałek, 02 Luty 2009 - 1:32

Ponieważ mój blog, w przeciwieństwie do fotobloga, nie wykazuje większej aktywności, postanowiłem nieco go wskrzesić. Najlepszym rozwiązaniem wydawało mi się połączeniu obu blo- i foto-, jednak po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że na fotoblogu przybywa mi za dużo zdjęć. Oznacza to, że blog zostałby zawalony fotografiami, a zupełnie uciekłaby treść. Dlatego zdecydowałem, że utworzę na blogu osobną kategorię, która nie będzie widoczna na stronie głównej (czyli będzie funkcjonować jako swego rodzaju pod-blog) i będę w niej informował o najciekawszych moich zdjęciach.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi to literacko-publicystyczne lenistwo.

Ów nowy dział, to Fotografie

 

Autor: A.Mason | sobota, 27 Wrzesień 2008 - 14:30
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i czas na odgrzewany kotlet, czyli wiersz napisany przeze mnie jakieś 7 lat temu. Myślałem, że stracił aktualność, a tu nie, od czasu do czasu problem lustracji powraca i wypływa na świat…

 

Horror o tym, jak kible zjadają świat

czyli fraszka na lustrację

 

Kibel tu, kibel tam.

W domu także kibel mam.

Boję się, że dnia pewnego,

Wyjdzie z niego coś strasznego.

 

Wyjdzie z mojej ubikacji,

Straszny pan z "Kanalizacji",

Po czym rzecze: "Do wakacji,

Pan obiektem jest lustracji…"

 

 

Autor: A.Mason | wtorek, 02 Wrzesień 2008 - 2:14
Kategoria: Zwykłe wpisy

Oj, dziwny to czas dla mnie. Zupełnie odrzuciło mnie od pisania o czymkolwiek i chyba wszedłem już w wiek średni, kiedy to jest się za starym, żeby pisać o głupotach i marzyć o byciu dobrym publicystą. Wiek średni, czyli ten przed starym – wiek, w którym woli się korzystać z życia, a wszelkie mądrości objawiać później.

Pewnie zacznę znów pisać dopiero wtedy, kiedy już nie będę miał nic innego do roboty, heh.

W sumie to jednak czasem korci, żeby wziąć do ręki klawisze i porozrzucać je po edytorze tekstu. Na razie się mocno opieram, ale nie wiem jak długo. Co prawda nikt tu regularnie nie zagląda, bo i nie ma po co, ale od czasu do czasu trafiają się jakieś zabłąkane duszyczki, dla których trzeba by chociaż raz na jakiś czas coś skrobnąć, żeby nie myśleli, że umarłem.

Żyję, i mam się nawet dobrze. Napisałbym, że nawet bardzo dobrze, gdyby nie to, że złego lepiej nie wywoływać z lasu, więc nie napiszę.

A co dobrego jeszcze? Pewnie to, że pojawił się w końcu (po sześciu latach od powstania idei, niestety opóźnienie przede wszystkim z mojej winy) zbiór opowiadań, z których część miałem okazję tłumaczyć. Mam nadzieję, że nie zostanę obity za to, i że zbiór spotka się z przychylnym przyjęciem przez polskich czytelników. Moim zdaniem warto go przeczytać, żeby mieć jakiś pogląd i przekrój tego, co lubią inne narody. A poziom opowiadań ocenią już czytelnicy.

Miłej lektury.

 

Autor: A.Mason | wtorek, 29 Lipiec 2008 - 0:21
Kategoria: Zwykłe wpisy

Ludzie to są dziwni w swoim puryzmie językowym.

Co i rusz spotykam się z uwagą, że zwrot „wzajemna współpraca” jest niepoprawnym, i że wstyd! i hańba! I że szczególnie lubujący się w tym haśle nasi kochani politycy powinni się wstydzić…

A mnie śmieszy to święte oburzenie, co i rusz pojawiające się na różnych forach internetowych, gdy schodzi na temat poprawności językowej. Dlaczego mnie śmieszy? Bo jak raz politycy mówią całą prawdę i tylko prawdę, to są nękani przez różnych rosłych i domorosłych polonistów.

A wystarczy spojrzeć do słownika PWN, żeby dowiedzieć się, że współpraca to:

3. «działalność prowadzona na czyjeś zlecenie, wiążąca się ze zdradą lub z działaniem na czyjąś niekorzyść»

Czymże więc może być „wzajemna współpraca”?

No czym?

To już pozostawię bez komentarza…

 

 

Autor: A.Mason | piątek, 04 Styczeń 2008 - 23:50
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i stało się. Życie, prześcignąwszy mnie w moich najnieśmielszych marzeniach, pokazało mi ogon, a następnie odwróciło się i zionęło we mnie ogniem, niczym jakiś niezbyt zachwycony moim widokiem smok. Leżę teraz na asfalcie, wiele się od niego nie odróżniając, bo spalonym. Każdy, nieobeznany ze zwyczajami tutejszych smoków, przechodzień może mnie podeptać i nawet nie musi przepraszać za nieuwagę.

Spalonym jest nie tylko ze smoka, ale bardziej jeszcze ze wstydu, któren mnie ogarnia, gdy po mnie przechodzi kobieta, do której bardziej przynależna jest sukienka, czy też spódnica niźli spodnie. Czerwienieję ze wstydu patrząc w… niebo i widząc majt… ające po niebie chmury. Na chwilę zaczynam odróżniać się od czarnego asfaltu i wtedy zaczynam obrywać po łbie za podglądactwo. Nie jest źle, jeśli obrywam parasolką, tudzież torbą z zakupami, gorzej, gdy obrywam czerwoną torebką. Damską.

No właśnie.

A wszystko zaczęło się od tego, o czym mogliście przeczytać u mnie już wcześniej – kupiłem, ku swojej zgubie, „Ferdydurke”. I postanowiłem kupić Gałczyńskiego. I jak to zwykle w życiu bywa, to spłatało mi psikusa i już w dwa dni po postanowieniu udało mi się wieszcza zanabyć. W taniej, co prawda, książce, i starej, ale jednak był.

Ale nie to stało się moim nieszczęściem, ani fakt, że zakupioną książkę z nudów wspomniałem przeczytawszy ją drugi od dawna raz. Były to „Listy z fiołkiem” – zbiór listów obywatela Karakuliambra zawsze tytułowanych „Szanowny Obywatelu Redaktorze!”.

W jednym z wyżej wspomnianych listów Karakuliambro pisze do Redaktora w sprawie portfela, co go mu gdzieś w czasie uroczystości wcięło, przez co zasoby pieniężne oraz pamiątkowe listy, obywatel piszący zmuszony jest nosić w damskiej torebce swojej nieboszczki ciotki. Czy czerwonej? Nie wiem, ale mniemam, że coś w okolicy tego koloru, gdyż jak pisze Karakuliambro, jego torebka stała się przedmiotem szyderstw wszystkich lokatorów domu. Na zakończenie zapytowywuje on (K., bo przecież nie dom), czy „wolny mężczyzna na wolnym kontynencie nie może nosić damskiej torebki? Czy wszystkie poczynania muszą być wyszydzane”?

Śmiech mnię wziął wielki, gdy przeczytałem powyższe, bo natychmiast skojarzyłem sobie to ze sprawą czerwonej torebki obywatela Tinky Winky, Teletubisiem zwanego i przez panią Ewę Sowińską zbadanym mającym być na okoliczność homoseksualizmu.

Śmiech mnię wziął, gdyż wiedziałem, że będę miał świetny wpis w bloga.

Ale nieszczęściem nie zabrałem się za pisanie w porę, co okazało się katastrofą nieprzebolałą przeze mnie, bo dziś został mi podsunięty pod nos news, że w rankingu „2007 Idiot of the Year” zorganizowanym na swoim blogu przez Emila Steinera, redaktora dziennika „Washington Post”, trzecie mniejsce zajęła… „Ewa Sowinska of Poland!”!

Oczywiście nie posądzam Was, że nie będziecie wiedzieli za co…

Cytat za "Wprost":

Sowińska, w rozmowie z dziennikarzami "Wprost" rozważała powołanie zespołu psychologów do sprawdzenia, czy Tinky Winky, postać z brytyjskiej bajki dla dwulatków, nie jest gejem, skoro nosi czerwoną torebkę, a antenka na jego głowie jest trójkątna.

Sprawa obiegła niemal wszystkie światowe media, od Australii po Amerykę.

I jak tu teraz poważnie potraktować mój pomysł podsunięcia pani Sowińskiej rzeczonego wyżej zbioru listów, celem usunięcia i wymazania imć Gałczyńskiego z kanonu lektur szkolnych?

Nawet w Ameryce nie wezmą mnie poważnie…

 

 

 

Autor: A.Mason | środa, 02 Styczeń 2008 - 21:49
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i na koniec roku, jak zwykle polazłem do księgarni. Hmm… Źle… Powinienem napisać – jak zwykle poszedłem do księgarni, a było to na koniec roku. Niby różnica niewielka, ale przynajmniej żaden wprawny czytelnik mojego bloga nie zarzuci mi, że chodzę do księgarni tylko na koniec roku.

Chociaż wziąwszy pod uwagę tempo, w jakim od jakiegoś czasu czytuję książki, wcale nie byłoby nierozsądnym skakać do sprzedajni książek tylko raz w roku.

No, ale cóż, poszedłem do tej lubelskiej księgarni… dziwne, ale ciekawe rzeczy przytrafiają mi się tylko w lubelskich księgarniach. Fatum jakie, czy co?

No więc nie napiszę już, że poszedłem do księgarni, bo bym się powtórzył, a tu przecież nie o wierszówkę chodzi, tylko o to, żeby czytelnik miał co czytać.

Przejdę kawałek dalej i dojdę do tego, że doszedłszy do kasy położyłem wybrane przeze mnie książki na ladzie. Oczywiście, po to, żeby je kupić, bo książek z reguły nie sprzedaję, co najwyżej oddaję za freeko potrzebującym.

Położyłem na ladzie i jak zwykle zapytałem… Od dziesięciu lat co poszedłem do księgarni pytałem, bo nie miałem, a zależało mi, żeby mieć. Tylko że w księgarni nigdy nie mieli, a jak mieli, to ja nie miałem… pieniędzy.

To zapytałem:

- A „Ferdydurke” mają oni?

A oni… właściwie to były one… w liczbie jeden:

- Chwileczkę, sprawdzę.

I zaczęła sprawdzać.

„Ha!” zaśmiałem się w duszy, bo mnie się śmieszno zrobiło. Nigdy nie mieli, nawet jak sprawdzali.

- Proszę – powiedziała księgarnia (to ta pani, co sprzedaje w księgarni, jakby kto nie znał podstaw polskiego).

Księgarnia powiedziała „proszę”, Ferdydurke zaległa na ladzie, a mnie zatkało.

Mina mnie zrzedła, a pani księgarnia niezrażona kontynuowała:

- Sukces byłego ministra Giertycha.

No i faktycznie, dziesięć lat nie było, a teraz Roman mi załatwił, że było. Wystarczyło książkę wypieprzyć z kanonu lektur szkolnych, a już ludzie znów zaczynają ją czytać z przyjemnością, a nie ze szkolnym przymusem. A jak wiadomo, popyt czyni podaż, więc książkę bez problemu można dorwać już na półkach.

Nawet po tym, jak ustąpił ze stanowiska, trzeba przyznać, że nie bez kozery zawsze prezesa LPRu lubiłem.

Hmmm, a wiecie, że to nie byłby wcale zły pomysł, żeby tak wypatroszyć cały kanon lektur szkolnych i zamienić go innymi? Ludziska zaczęli by znowu czytać klasykę, co to wszyscy ją znają, a nie czytają… I tak co jakiś czas nowe lektury do kanonu, a stare do czytania ludziom…

Tylko o co ja teraz mam pytać w księgarniach?…

…Może o Gałczyńskiego?