Autor: A.Mason | niedziela, 20 Grudzień 2009 - 20:42
Kategoria: Fotografia

Jestem zagorzałym fanem współczesnej cyfrowej fotografii, która moim zdaniem, wbrew temu, co twierdzą „starzy” fotografowie, wcale nie straciła żadnego ducha. Zmieniła się jedynie technika.

Bardzo często od starych wyjadaczy słyszę, że fotografia się skończyła, zeszła do lamusa. Uważam jednak, że gdyby przeglądnąć filmy amatorów sprzed lat, to i tak poziom kiczu był wśród ich zdjęć nie do przyswojenia dla co wrażliwszych ludzi. No, chyba że mówimy o naprawdę starych czasach, zanim analogowe aparaty małoobrazkowe upowszechniły się, a fotografią zajmowali się „tylko” artyści. Nikt mi nie wmówi, że za „czasów analogów” pstrykało się tylko z rozmysłem, lepsze zdjęcia. Jeśli by tak było, to wyjaśnijcie mi, gdzie te zdjęcia są? W muzeach i galeriach? Jaka jest ich ilość? Większa, czy mniejsza od dobrych zdjęć cyfrowych publikowanych w internecie?

Jako argument przeciwko cyfrówkom czasem wystawia się… pracę w ciemni fotograficznej. Rozumiem, że można darzyć sentymentem długi proces opracowywania i wywoływania odbitek, ale jaki on ma wpływ na zdjęcie?

Brieg
Brieg Bez. Breslau – Langestrasse
(współczesna fotografia cyfrowa)

Poziom zdjęcia jest niezależny od tego ile ich zrobiono w tym samym czasie, dobra fotografia to dobra fotografia. Technika wykonania* także nie ma znaczenia, bo jest to środek, a nie cel. Aparat fotograficzny jest narzędziem i tylko od właściciela zależy, jak je wykorzysta. To prawda, pewnych efektów nie da się osiągnąć stosując inną technikę fotografowania, ale tak naprawdę to są wyjątkowe wyjątki. Szczególnie w dobie fotografii cyfrowej, która bardzo skutecznie i w bardzo prosty sposób potrafi podrobić niemal wszystkie inne techniki (przynajmniej dopóki człowiek nie ogląda zdjęć pod lupą). W dobie coraz lepszej jakości aparatów cyfrowych trudno jako argument przedstawiać jakość odbitek, to już nie te czasy.

Dużo rozsądniejszym argumentem jest stwierdzenie, że fotografia analogowa lepiej przygotowuje do fotografowania, bo koszty procesu wywoływania zdjęć i niemożność poprawienia uczą szacunku do każdego kadru… Z takim stwierdzeniem mógłbym się zgodzić, gdyby nie to, że to praktyka czyni mistrzów. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy zrobienie kilkudziesięciu zdjęć w ciągu dnia, bez możliwości oglądania efektów w danych warunkach, jest lepsze niż ewentualne korygowanie parametrów na bieżąco na podstawie wyników widocznych na LCD aparatu? Oba warianty mają swoje wady i zalety, czyli – prawda racja gdzieś pośrodku.

To, co obecnie stało się największym problemem współczesnej fotografii, to prostota publikacji zdjęć i niemal kompletny brak selekcji. Ale to i tak naprawdę tylko problem wirtualny, wyimaginowany. Ktoś, kto wchodzi do galerii internetowej, w której nie ma (pre)selekcji lub moderacji, robi sam sobie kuku. To jakby pójść na wysypisko śmieci i narzekać, że mało tam dobrego sprzętu, i że śmierdzi. Wystarczy wejść na nieco lepiej zarządzane serwisy fotograficzne, a wrażenie zmieni się diametralnie. Ba! Zastanawiam się nawet, czy przypadkiem nie stało się, że liczba dobrych zdjęć dziś jest wyższa niż kiedyś.

Cyfrówki pozwalają na ocenę wyniku na miejscu i ewentualne powtórzenie ujęcia. Automatyka też jest coraz przyjaźniejsza dla użytkowników, więc rzadziej zdarzają się zdjęcia kompletnie niewydarzone pod względem ekspozycji. Porównując odbiór i selekcję fotografii analogowej i cyfrowej na różnych forach fotograficznych stwierdziłem ciekawą rzecz – w tym pierwszym rodzaju fotografii dopuszcza się znacznie więcej błędów. To, co przeszłoby w analogach, w cyfrówce miałoby poważne problemy z obronieniem się.

Jednak czy zalew zdjęć jest jedyną przyczyną narzekań na współczesną fotografię?

Nie!

Zmieniła się technika (która ma przecież wpływ na zdjęcia), zmieniła się też powszechna estetyka fotografii.

Wielu z malkontentów najwyraźniej ten fakt przeoczyło…

 

 

____________

* Mam na myśli rozróżnienie techniki z naciskiem na cyfrowy-analogowy, bez uwzględniania technik wspólnych dla obu – fotografia w podczerwieni, obiektywy z tiltem i shiftem, itp…

 




Autor: A.Mason | niedziela, 20 Grudzień 2009 - 17:24
Kategoria: Fantastyka

Z okazji obchodzonych dziś 18 urodzin internetu, ciekawostka, na którą natrafiłem przypadkiem – kilka fragmentów z felietonu Rafała Ziemkiewicza (Nowa Fantastyka 5/98):

 

[...] Tymczasem, powiedzmy sobie szczerze – w takiej plątaninie, jaką jest Internet, nic się z nią zrobić nie da. Będzie z roku na rok, w miarę jak wzrasta liczba jej użytkowników, coraz gorzej – aż w końcu Internet zatka się na dobre i jako niepraktyczny (i nieekonomiczny – ale o tym dalej) ulegnie stopniowemu rozmontowaniu.

Otóż śpieszę z dobrą nowiną (dla kogo dobrą, dla tego dobrą – jak to się zaraz okaże). Już w początku przyszłego stulecia ruszą jeden po drugim (a niewykluczone, że trzy) nowe sieci. Każda oparta na osobnym systemie satelitów stacjonarnych.

[...]

To jest, jak to mówią jankesi, the good news. Teraz kolej na wiadomość złą; koniec z darmochą. Firmy telekomunikacyjne nie po to pakują kasę w wieszanie po niebie satelitów, żeby ją sobie odpisać od podatku jako działalność charytatywną – tylko po to, żeby im przyniosła kasę jeszcze większą.

[...]

Głupia sprawa, ale autorzy cyberpunku zdaje się ani przez chwilę o tym drobiazgu nie pomyśleli. Niech mnie Piotr Cholewa, który czytał tego więcej, poprawi, jeśli się mylę – ale chyba w żadnym z cyberpunkowych dzieł kwestia płatności za siecioróbstwo nie była w ogóle wzięta pod uwagę. Stara, klasyczna SF snuła z zamiłowaniem wizje ogólnej omnipotencji, za którą nikt płacić nie musiał. Ta nowa, bardzo się ze "starej, zmurszałej przyszłości" nabijająca, okazała się równie głupia.

[...]

Trzeba być ostatnim frajerem, by wierzyć, że obecny, pierwotny okres tworzenia cyberprzestrzeni będzie trwał wiecznie. Nie, kochani – to się już kończy. Kto chce sobie jeszcze postukać w klawisze za darmo, musi się pośpieszyć!

 




Autor: A.Mason | niedziela, 13 Grudzień 2009 - 4:45
Kategoria: Fantastyka

okladka

Dziś pomyślałem, że podrzucę Wam dwa krótkie cytaty z wywiadu z Łukaszem Orbitowskim dla słowackiego Istrozinu. Polski horror i spojrzenie na niego niespecjalnie mnie pociągają, więc z wywiadu wyciąłem dwa najbardziej interesujące mnie fragmenty dotyczące fantastyki. Myślę, że warto zerknąć jaki jej obraz przekazują nasi autorzy za granicą.

Tłumaczenie odbyło się na trasie słowacki-polski-słowacki-polski, więc od oryginału może nieco odbiegać ;-)

 

MK: Jak widzi Pan współczesny polski rynek fantastyki?

ŁO: [...] Jeśli rozdzielimy fantastykę na naukową i rozrywkową, to ta pierwsza ma się u nas bardzo dobrze. Wielu autorów pisze bardzo dobre, mocne i mądre ksiązki. Jacek Dukaj jest według mnie o krok od międzynarodowego sukcesu, ale wspomnieć trzeba także Wita Szostaka, Szczepana Twardocha, Jacka Sobotę. Gorzej jest z fantastyką rozrywkową, tu nasi autorzy często idą na łatwiznę, powtarzają się i tworzą według zasady „szybciej, mocniej, do przodu!”. Na uwagę zasługują przede wszystkim Grzędowicz, Kossakowska, ponieważ tych już Pan z pewnością zna, dołożę jeszcze Piotra Rogożę, wyśmienitego młodego autora.

MK: Bardzo popularna jest u was fantastyka związana z wojną lub militarystyką (u nas znani są z tego prądu Ziemiański, Grzędowicz i Magda Kozak, nawet Sapkowski niedawno napisał książkę o wojnie). Co jest głównym powodem, że się u Was pisze tyle tego rodzaju fantastyki?

ŁO: A kiedy Grzędowicz napisał jakiś militarystyczny tekst? Znów coś przeoczyłem. Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć, niech się zastanowię: może dlatego, że w Polsce mamy tak trochę kult armii, wspominamy czyny naszych żołnierzy, w literaturze robi to Jacek Komuda, a Ziemiański wskazuje, że możemy sobie całkiem dobrze poradzić nawet w jakiejś wojence w przyszłości. Zaskoczył mnie Pan trochę. Naprawdę myśli Pan, że to typowy polski przejaw? Według mnie wynika to z gier konsolowych, tam się wiele strzela, ludzie przyzwyczaili się, a teraz szukają strzelanin nawet w książkach.

 

Pierwszą odpowiedź cytuję w celach informacyjnych, gdyż miałem już okazję brać udział i być świadkiem niejednej dyskusji na temat kondycji fantastyki polskiej, więc nie czuję się na siłach do wznawiania tamatu i tutaj.

Zastanawia mnie jednak druga odpowiedź. Czy rzeczywiście na popularność fantastyki militarnej mają u nas wpływ gry? Dotąd na pierwszym miejscu stawiałbym naszą historię (naukę i spojrzenie), a przede wszystkim – film. Szczególnie, że najbardziej znana i ceniona u nas literatura militarystyczna pisana jest przez autorów, których o granie* bym nie posądzał.

Nie wydaje mi się też, żeby tworzyło się u nas takiej literatury znacznie więcej niż kiedy indziej, ale to może być kwestią interpretacji. To prawda, w ostatniej dekadzie wypłynęło na nurcie militarystycznym kilku autorów, ale trudno to nazwać jakimś prądem, bo nie poszli za tym inni. Nieco częściej wykorzystuje się we współczesnej fantastyce polskiej motywy sensacyjne, (para)militarne, ale czy fakt ten uprawnia do twierdzeń o wzroście czy popularności fantastyki militarystycznej i wojennej? Tego nie jestem pewien.

Gry dotąd traktowałem raczej jako konkurencję lub substytut książek, a nie jako produkt mogący wywołać jakikolwiek zauważalny pęd ku literaturze. I jeśli sobie przypomnę to, w co dotąd miałem okazję grać, to nie sądzę, żeby w jakakolwiek sposób wpłynęło to na mnie pobudzając czytania. Jeśli już, to do kupna kolejnej gry.

A jak to wygląda w Waszym przypadku?

 

 

PS: Zapomniałem oczywiście o efekcie „Wiedźmina” i wzroście sprzedaży książek Andrzeja Sapkowskiego spowodowanych sukcesem gry – jeden, jedyny chyba wyjątek, stanowiący niepewne, tudzież – chybotliwe, potwierdzenie tezy Łukasza Orbitowskiego ;-)

 

 

_______

* pisząc „granie” mam na myśli współczesne (młodzieżowe) normy czasu spędzanego przy grach ;-)

 




Autor: A.Mason | środa, 09 Grudzień 2009 - 10:15
Kategoria: Fotografia

Swego czasu natrafiłem na link do ciekawej wypowiedzi na temat fotografowania za darmo (dzięki Maclat). Długo zastanawiałem się, czy podać do niej linka, gdyż jest pisana językiem, który mnie mierzi (nadużycia wulgaryzmów), ale uznałem, że jestem zbyt leniwy, żeby streszczać dokładnie o co chodzi autorowi, a cytowanie też nie ma sensu.

http://www.infinity.net.pl/~archie/wordpress/?p=972

okladka
Ponieważ odezwały się narzekania, że mój wpis jest za długi, uzupełniam go o kilka obrazków.
Powyżej okładka jednej z książek – zbiór wywiadów „Lubię być fantastą” i zdjęcie „wywiadowanej” autorki zrobione przeze mnie.

Dla tych, którym nie chce się klikać, ani czytać jednak streszczam – jest tam o tym, że fotografowie są „ostatnią darmową grupą zawodową”, i że powinni „wziąć się w garść” (czyt. przestać dawać się wykorzystywać ludziom chcących, a nawet wymagających od nich zdjęć za darmo).

Mocnymi słowami pisany jest artykuł, ale treść w zasadzie ogranicza się tylko do wyżej stworzonego przeze mnie streszczenia.

To, co zaciekawiło mnie najbardziej, to ogromna popularność, jaką stale zyskuje ten wpis. Cytowany i linkowany na wielu forach fotograficznych, przekazywany pocztą pantoflową (sam rzucałem linkiem paru znajomym), przetacza się po fotograficznym internecie jak śnieżna kula. Jestem niemal pewien, że jego echo odbije się także w czasopismach o fotografii, nawet w tych, które w jakiś sposób temat już kiedyś podejmowały.

Dlaczego jestem zdziwiony tą popularnością? Przede wszystkim dlatego, że oceniam ją jako bardzo dużą. Oczywiście to nie wszystko – dziwi mnie to, że ów artykuł zdobywa popularność wśród… fotoamatorów. Amatorów, przeciwko którym w pewien sposób jest skierowany.

okladka
Andrzej Ziemiański – „Ucieczka z Festung Breslau” i wewnętrzne skrzydło okładki ze zdjęciem zrobionym przeze mnie.

Mam wrażenie, że nie za bardzo wiadomo, do kogo omawiany wpis do bloga jest skierowany. Z jednej strony mamy tam bowiem o profesjonalistach zarabiających, czy też chcących zarabiać na swoich zdjęciach, z drugiej – ludzi rozdających swoje zdjęcia za darmo: o profesjonalistach, ale i o amatorach, którzy „kupili sobie lustro z kitem”. Mamy też wymienionych ludzi najczęściej proszących o zdjęcia za darmo: zespoły muzyczne, menadżerów, sportowców i drużyny sportowe, małe firmy i restauratorów.

Pierwszą konkluzją jaka przychodzi do głowy po przeczytaniu tekstu jest, że ceny dyktuje rynek. Jeśli profesjonaliści chcą pracować za psie pieniądze, to przecież nic dziwnego, że zleceniodawca nie da takiemu więcej niż może. Bo niby dlaczego płacić za coś, co można mieć taniej? Stąd właśnie stale malejące ceny za usługi fotograficzne i sentyment profesjonalistów do dawnych czasów, kiedy zarabiali krocie.

Takie są prawa rynku. Najlepsi fotografowie wiedzą o tym, cenią się i wychodzą na tym dobrze. Skąd więc frustracja wśród różnej maści profesjonalistów i półprofesjonalistów, skąd artykuły takie jak linkowany? Moim zdaniem z powodu rozwoju i wzrostu dostępności techniki dla przeciętnego człowieka. Fotografowie usługowi „starego typu” przestają być potrzebni, stają się zawodem wymierającym, przynajmniej w starej formie.

okladka
Kolejna z książek, tym razem Rafał W. Orkan. – „Dziki Mesjasz”.

Dowód osobisty, paszport, prawo jazdy – te dokumenty rzadko kiedy trzeba wyrabiać sobie częściej niż parę razy w życiu. W każdym innym przypadku do dokumentów wystarczy zdjęcie facjaty wydrukowane na domowej drukarce atramentowej i papierze foto. Co z tego, że zdjęcie będzie kiepskie? Ja do swoich dokumentów nie zaglądam i niespecjalnie mnie interesuje, czy zdjęcie do nich będzie piękne czy nie. Mam więc się czuć gorzej, bo nie chcę płacić za coś, co mi do szczęścia nie jest w ogóle potrzebne, a co mogę mieć za darmo?

To samo ma się do fotografii mniej lub bardziej studyjnej, ślubnej, modnej czy koncertowej. Prawda jest taka, że przeciętny człowiek ma głęboko gdzieś to, czy zdjęcie będzie doskonałe (artystyczne) czy nie, bo po prostu tego nie jest w stanie odróżnić… przynajmniej dopóki nie okaże się, że sąsiad ma ładniejsze zdjęcia (lepszego fotografa). Ludzie nie zmienili się od wieków. Tyle tylko, że kiedyś fotografowanie nie było takie proste i tanie, zajmowali się nim albo artyści, albo (i) ludzie bogaci. Odbiorcami też byli ludzie bogaci. Z tym, że w zamierzchłych czasach bogactwo zobowiązywało do chociaż do podstawowego wykształcenia w dziedzinie sztuk pięknych. Dziś, pomimo iluś tam programowych lat plastyki czy muzyki, szkoły nie dają albo dają uczniom mierną wiedzę o sztuce (oczywiście są chlubne wyjątki). Na szczęście pasjonaci mają możliwość samokształcenia, więc z poziomem wrażliwości artystycznej wśród obywateli nie jest źle. Jednak poziom wiedzy artystycznej rzadziej niż kiedyś idzie w parze z pieniędzmi.

okladka
I na koniec – cykl fantastycznych głów, czyli zdjęć pisarzy, publicystów, tłumaczy i krytyków literackich związanych z fantastyką. (niemal wszystkie łapane z przypadku)

Jeśli do powyższego dodamy wzrost liczby zakładów i fotografów „profesjo­nalnych” oraz wzrost popularności i dostępności aparatów wśród amatorów, to nic dziwnego, że współcześni fotografowie mają problemy z utrzymaniem się z zawodu. Z jednej strony postęp techniczny znacznie ułatwił pracę także im, ale z drugiej strony dzisiejszy fotograf musi borykać się ze znacznie większą konkurencją, przez co nie wystarczą mu już tylko umiejętności w zakresie robienia zdjęć – musi te zdjęcia jeszcze sprzedawać, staje się więc sprzedawcą-marketingowcem.

Konkurować z innymi można jakością produktu i ceną, albo promocją i reklamą. Można też spalić konkurencji zakład, albo… napisać wpis do bloga, gdzie się popsioczy ta tych czy owych.

Czy rzeczywiście ludzie proszący o darmowe zdjęcia są tak nachalni i problemowi, jak wynikałoby z artykułu? Pewnie tak, jeśli fotograf nie potrafi powiedzieć „nie”. Tylko niech ktoś mi powie, kto jest temu winien?

Nie podoba mi się to, że autor linkowanego wpisu uogólnia, co można odebrać jako wrzucanie do jednego wora wszystkich artystów jako darmozjadów (»znacie jeszcze jakieś śmieszne przykłady “biedaków”, których “nie stać”?«). A przecież to nie jest tak, że każdy proszący lub pytający o darmowe zdjęcia jest darmozjadem. W większości przypadków wystarczy krótkie „nie” i fotograf ma spokój.

Jako zapalony fotoamator kręcący się po różnego rodzaju imprezach kulturalnych bardzo często spotykam się z prośbami o zdjęcia, o zgodę na wykorzystanie zdjęć, o przyjście na imprezę. Przyznaję, w pewnym momencie zaczęło być to nieco męczące. To, co wcześniej sprawiało mi ogromną przyjemność i radość – zachwyt i prośby ludzi o zdjęcia, zamieniło się w presję oczekiwań. Już nie mogłem sobie pozwolić na pójście na imprezę i pstrykanie zdjęć; nie byłem w stanie eksperymentować w obawie, że najciekawsze zdjęcia przekombinuję; zdjęć powinno być dużo i dobrych… W końcu powiedziałem sobie dość! Kto miał mnie lubić, będzie lubił dalej nawet jeśli nie dostanie zdjęć, a kto chciał tylko wyzyskać – tego mam w… gdzieś. To samo proponuję wszystkim, którzy zgadzają się w 100% z zalinkowanym artykułem.

Problem nie leży w ludziach, ci zawsze byli i będą tacy sami, problem leży w fotografie, który nie jest w stanie spojrzeć szerzej niż w to, co widzi w swoim wizjerze…

A ja? Ja jestem fotoamatorem, którego profesjonaliści tak bardzo nie lubią. Fotografuję jeśli koncert mi się podoba, idę na mecz i robię zdjęcia, to samo na konwentach czy w przypadku każdych innych wydarzeń, w których mam okazję brać udział. A potem wszystko to wrzucam na swojego fotobloga tak, że każdy może sobie te zdjęcia ściągnąć. Moje zdjęcia pojawiają się w gazetach i książkach, gazetce Empiku oraz na stronach internetowych zespołów, solistów, pisarzy, i sam już nie wiem kogo jeszcze, kurcze. Warunkiem jest tylko to, żeby mnie powiadomić, poprosić i opisać odpowiednio zdjęcie. No chyba, że kogoś nie lubię, albo mnie ktoś wkurza…

I wiecie co? Jakoś wcale nie czuję się z tym źle. Prawdziwi profesjonaliści są ode mnie lepsi, oni sobie w życiu dadzą radę. Jest im ciężej przez takich jak ja, bo trudniej im znaleźć frajerów, którzy za dosłownie kilka marnych „pstryków” zapłacą tysiąc(e) złotych, ale ja będę dalej robił swoje…

Dlaczego?

Dlatego, że środowisko profesjonalnych fotografów nie jest w stanie i najwyraźniej nie chce wyciąć spośród siebie fuszerów i naciągaczy na grubą kasę. Czasem kiedy widzę komercyjną fotografię, to co oferują „wysokiej klasy artyści”, to mnie skręca… i to bynajmniej nie z zazdrości.

Zacznijcie szanować się sami jako środowisko, wytnijcie fuszerów, a gwarantuję Wam, że zyskacie na tym nie tylko poprzez zmniejszenie konkurencji „profesjonalnej”…

Albo wypnijcie się na to wszystko i róbcie swoje…

Powodzenia.

 




Autor: A.Mason | wtorek, 01 Grudzień 2009 - 21:13
Kategoria: Fotografia

Dziś rzecz może niezbyt blogowi przystojąca – wpis, który będzie uaktualniany co jakiś czas, w miarę przybywania przeczytanych lektur. Póki co, poniżej znajdziecie zbiór „recenzowanych” przeze mnie na różnych forach książek o fotografii. Piszę „recenzowanych”, ale traktować trzeba to raczej jako sygnały, że istnieją takie książki.

Na swoim ulubionym forum fotograficznym postanowiłem przestać się udzielać, aktualny wykaz znajdziecie tylko tutaj ;-)

Dla wyjaśnienia: recenzuję tylko książki, które mam fizycznie w posiadaniu (nie lubie ebookow, choc je zbieram). Wyjatkiem sa dwie ksiazki – Hedgecoe i Płażewski, które miałem pożyczone, oraz Wójcik – ktorego ktoś mi bezczelnie podpier…..!

 

polecam

Tym znakiem będę sygnował pozycje szczególnie warte polecenia, książki-ideały. Wybór jest mocno subiektywny, uwzględnić trzeba, że recenzuję w nieco zbyt rozwlekłym okresie, więc jedne książki pamiętam lepiej, inne gorzej… Zwykle – gorzej… Na początek wybrałem dwie, nad kolejnymi muszę się jeszcze zastanowić i odświeżyć je sobie.

 

 

okladka

(ostatnia aktualizacja: 21 grudnia 2011r.)

 

 

Wykaz recenzowanych książek w kolejności dodawania:

 

PODRĘCZNIKI I PORADNIKI FOTOGRAFICZNE:

  1. „Nowy podręcznik fotografii” – John Hedgecoe.
  2. „W kadrze. Rozważania na temat wyobraźni fotografa” – David duChemin
  3. „ABC fotografii cyfrowej” – Tomasz Wójcik
  4. „Fotografia. Nowy, wyczerpujący poradnik fotografowania. Od podstaw kompozycji do najnowszych technik cyfrowych” – John Freeman
  5. „Fotografia cyfrowa” – Ben Long (wydanie II)
  6. „Fotografia cyfrowa i obróbka zdjęć” – Anna Owczarz-Dadan
  7. „Fotografia portretowa. 100 rad i pomysłów” – Daniel Lezano i Bjorn Thomassen
  8. „Pracując ze światłem. Warsztaty fotografii krajobrazowej” – Joe Cornish, Charlie Waite, David Ward
  9. „Uchwycić moment. Sekrety zdjęć jednego z najlepszych światowych fotografów” – Joe McNally
  10. „Kreatywna fotografia bez tajemnic” – Bryan Peterson (brak opisu)
  11. „Okiem fotografa” – Michael Freeman (brak opisu)
  12. „Książka o fotografowaniu” – Andrzej Mroczek (brak opisu)
  13. „Podręcznik fotografii cyfrowej” – Tom Ang (brak opisu)
  14. „Perfekcja w fotografii. Od inspiracji do obrazu.” – George Barr (brak opisu)
  15. „Fotografia cyfrowa. Pierwsza pomoc” – Aleksandra Tomaszewska (niepełny opis)
  16. „Fotografia portretowa bez tajemnic” – Bryan Peterson (brak opisu)
  17. „Książka o fotografowaniu dzieci” – Andrzej A. Mroczek (brak opisu)
  18. „Nauczcie się fotografować kreatywnie. Moda, piękno, portret, portfolio/book, reklama, w studiu i w plenerze.” – Eliot Siegel (brak opisu)
  19. „Fotografia cyfrowa w praktyce. Komputer Świat Ekspert. Biblioteczka.” – (brak opisu)
  20. „Czarno-biała fotografia cyfrowa” – Michael Freeman (brak opisu)
  21. „Poezja obrazu. Nowe spojrzenie na kreatywną fotografię” – Chris Orwig (brak opisu)
  22. „Kolor. Profesjonalna fotografia cyfrowa” – Michael Freeman (brak opisu)
  23. „Fotografuj ludzi jak profesjonalista. Przewodnik po fotografii portretowej” – Rod Edwards (brak opisu)
  24. „Kompozycja zdjęć. Kreatywna fotografia” – Harold Davis (brak opisu)
  25. „Krajobrazy i przyroda. Profesjonalna fotografia cyfrowa” – Michael Freeman (brak opisu)
  26. „Jak robić idealne zdjęcia cyfrowe” – Ian Probert, Peter Cope
  27. „Czarno-biała fotografia cyfrowa. Poradnik dla zaawansowanych” – John Beardsworth (brak opisu)
  28. „Fotografujemy” – Ryszard Kreyser (brak opisu)

 

KSIĄŻKI O FOTOGRAFII I OKOŁOFOTOGRAFICZNE:

  1. „Prawda i rzeczywistość w fotografii” – Pedro Meyer
  2. „Dzieje polskiej fotografii” – Ignacy Płażewski
  3. „W obiektywie. Mistrzowie fotografii polskiej. Rozmowy Hanny Marii Gizy”
  4. „Estetyka fotografii. Strata i zysk” – Francois Soulages
  5. „Wielka Księga Fotografii. Historia, technika, sztuka, przyszłość” – Anne H. Hoy
  6. „Mała historia fotografii” – Boris von Brauchitsch
  7. „Jak czytać fotografię. Lekcje mistrzów fotografii” – Ian Jeffrey
  8. „Jak czytać sztukę” – Atienza Bolanos Maria
  9. „Moja historia fotografii prasowej” – John G. Morris (brak opisu)
  10. „Czy to jest sztuka?” – Cynthia Freeland (brak opisu)
  11. „Słynne zdjęcia i ich historie cz. 1 i 2” – Hans-Michael Koetzle (brak opisu)
  12. „O fotografii” – Susan Sontag (brak opisu)
  13. „Dno oka. Eseje o fotografii” – Wojciech Nowicki (brak opisu)
  14. „Między reprezentacją a „martwym papierem”. Znaczenie chłopskiej fotografii rodzinnej” – Joanna Bartuszek (brak opisu)
  15. „Fotografia jako sztuka współczesna” – Charlotte Cotton (brak opisu)

 

ALBUMY FOTOGRAFICZNE:

  1. „Getty images. Dekady XX wieku”
  2. „PhotoArt’06. The Best Authors”
  3. „PhotoArt. The Best Photographers”
  4. „PhotoArt. The Best Photographers IV”
  5. „Reuters. Our World Now”
  6. „Paris. Eugene Atget”
  7. „Paris mon amour”
  8. „Polska międzywojenna”
  9. „Piękno sportu” – Paweł Mystkowski (brak opisu)
  10. „Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem. Portret filmu.” – Zenon Zyburtowicz (brak opisu)
  11. „Niebo” – Robert Gendler (brak opisu)
  12. „Gazeta Wyborcza. Fotografie tom XI” (brak opisu)
  13. „II Wojna Światowa w fotografiach” – David Boyle (brak opisu)
  14. „Zbrodnia & kara & duma & uprzedzenie” – Adam Krzemiński, Gunter Hofmann, Łukasz Trzciński, Dirk Reinartz (brak opisu)
  15. „Tenkrát na Východě / In the East” – Vladimír Birgus, Tomáš Pospěch (brak opisu)
  16. „Grand Press Photo 2007 ” (brak opisu)
  17. „Fotografia XX wieku. Museum Ludwig w Kolonii” (brak opisu)
  18. „Native Americans” – Edward S. Curtis (brak opisu)
  19. „Finland” – Suomen Kuva (brak opisu)
  20. „Jižní Čechy. Objektivem trí generací” – Pavel Scheufler (brak opisu)
  21. „Alfred Stieglitz. Camera Work. The Complete Photographs.” – (brak opisu)
  22. „Brzeg. Miasto z kotwicami w herbie.” – Andrzej Peszko, Christian Parma (brak opisu)
  23. „Ze świata” – Ryszard Kapuściński (brak opisu)
  24. „Czas odzyskany. Fotografia prasowa.” – Mieczysław Michalak (brak opisu)
  25. „Okruchy amerykańskie” – Agnieszka Taborska. Zdjęcia: Marcin Giżycki (brak opisu)
  26. „Historia fotografii od 1839 roku do dziś. Kolekcja George Eastman House.” – (brak opisu)
  27. „I i II Wojna Światowa. Polska i Polacy” – (brak opisu)
  28. „Brzeg. W zwierciadle czasu” – Christian Parma, Andrzej Peszko (brak opisu)
  29. „Elvis Presley. Nieznane fotografie” – (brak opisu)
  30. „Jan Bułhak. Fotografik.” – (brak opisu)
  31. „Fauna powiatu brzeskiego” – (brak opisu)
  32. „Powiat brzeski” – (brak opisu)
  33. „Gwiazdy kina” – (brak opisu)
  34. „Życie PRL. Praca, rozrywka, ludzie.” – (brak opisu)
  35. „802 procent normy. Pierwsze lata Nowej Huty” Henryk Makarewicz, Wiktor Pental (brak opisu)
  36. „Miasta miasteczka. Tajniki warsztatu mistrza fotografii. Polska Niezwykła.” – (brak opisu)
  37. „FotoPolska. Jak fotografować. Polska Niezwykła.” – (brak opisu)

 

czytaj dalej »



Autor: A.Mason | środa, 05 Sierpień 2009 - 0:38
Kategoria: Zwykłe wpisy

Bywają sytuacje głupie, a bywają jeszcze głupsze.

No i bywają sytuacje najgłupsze.

Te ostatnie przydarzają mi się zdecydowanie za często, ale sprawa wbrew humorystycznemu przedstawieniu jej przeze mnie jest poważna.

Otóż kupiłem sobie radio, coby móc wysłuchać „Trójki”. Wiecie, podobno groziła jej likwidacja, zbierano podpisy pod petycje itd. Podpisałbym, ale radia nie słuchałem od kilku lat. No to sobie kupiłem, żeby dowiedzieć się – podpisać się, czy nie.

No i tak przez ostatnie dni podsłuchiwałem sobie na przemian Radio Numer Trzy i Radio Ojca Rydzyka. Ale dziś, jako że odbiór nie był zbyt dobry, za pięć minut północ zacząłem kręcić pokrętłem (kręcenie gałką niektórym źle się kojarzy) i wykręciłem tym razem program, na którym jakaś kobieta czytała książkę. Dykcję miała odpowiednią, fabuła wydała się ciekawa, to się zasłuchałem. Oczywiście nie muszę wspominać, że tuż przed północą jest już noc, a w nocy ludzie powinni spać. Ja nie spałem, ale się już przyszykowałem.

No i wybiła północ, o której okazało się, że słucham Polskiego Radia Numer Jeden.

Północ wybiła, ale to nie duchy spowodowały, że ogarnęło mnie przerażenie. W radyjku usłyszałem bowiem… hymn państwowy! Oczywiście nie od razu się przeraziłem, bo w pierwszej chwili zacząłem sobie próbować przypomnieć jaka dziś data i jakie święto lub jakie wspomnienie ważnego wydarzenia spowodowało, że w radiu puścili hymn. Przeraziłem się dopiero w momencie, kiedy zdałem sobie sprawę z pewnej rzeczy…

Ci z Was, którzy nie zdążyli się jeszcze zorientować w mojej sytuacji, niech wspomną sobie:

 

Art. 14. Ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych:

 

1. Podczas wykonywania lub odtwarzania hymnu państwowego obowiązuje zachowanie powagi i spokoju. Osoby obecne podczas publicznego wykonywania lub odtwarzania hymnu stoją w postawie wyrażającej szacunek, a ponadto mężczyźni w ubraniach cywilnych – zdejmują nakrycia głowy [...]

 

Teraz chyba już rozumiecie moje przerażenie. Przez całe życie uczono mnie, że w momencie grania hymnu powinienem zachowywać się jak ustawa nakazuje, tyle że…

No właśnie! Trochę trudno, kiedy publicznie odtwarzają hymn (w końcu to radio publiczne jest), stać tak w samych majtkach i wyrażać swoją postawą szacunek…

Pewnych najgłupszych sytuacji nawet ustawa nie przewiduje.

 




Autor: A.Mason | poniedziałek, 13 Kwiecień 2009 - 23:02

W zasadzie, to dobrze, jeśli nic się nie dzieje. Bo jeśli dzieje się źle, to jest niedobrze, a jeśli się dzieje dobrze, to ludzie chcą mieć lepiej, a to też niedobrze. W takim razie najlepiej, kiedy nic się nie dzieje. I na tym kończę.

 

Więc kiedy ktoś mnie pyta "Cóż tam, panie, w fantastyce?", zwykle odpowiadam "Spieprzaj".

Tylko nie dodaję "dziadu!"

…bo nie chcę wyjść na buraka*.

 

_____________

* swoją drogą zamiast "buraka" miało być inne słowo, ale gdybym napisał co myślę prokuratura pewnie by się mogła przyczepić o obrazę prezydenta.

 




Autor: A.Mason | środa, 04 Luty 2009 - 16:38
Kategoria: Zwykłe wpisy

Kryzys kryzysa kryzysem pogania, wiec i ja nie będę poganiał, tylko przekaże Wam dobrą nowinę. Jak już Was ten kryzys mocno przyciśnie, to idźcie do kiosku. Nie! wiem, że w gazetach też cały czas trąbią o katastrofie gospodarczej i człowieka to przygnębia. Proponuję kupić jakieś dwa dzienniki z dołączonymi do nich w bonusie płytami z filmami. Gazety najlepiej od razu wyrzucić, filmy obejrzeć (jeśli się ich jeszcze nie widziało), a potem powspominać czasy, kiedy człowieka nie było stać na dwie gazety, a płyty dodawano tylko w cenie „bonusowej”.

Ci, którzy filmy zdążyli obejrzeć wcześniej, mają jeszcze lepiej. Niech wspomną czasy, kiedy na filmy w TV czekało się latami, nie było ich stać na kino, cyfrę, ani na szybkie łącze internetowe, a płyty CD (nawet czyste) kosztowały 20 złotych.

Nie jest źle.

Nie?

 

 




Autor: A.Mason | niedziela, 28 Wrzesień 2008 - 20:18
Kategoria: Fantastyka

okladka

W ósmym numerze z 2008 roku "Nowej Fantastyki" największe kontrowersje i odzew wzbudził felieton Jarka Grzędowicza, a gdzieś obok niego przemknął zupełnie niezauważony tekst Marcina Przybyłka pt. "Poczucie winy". Co ciekawe, oba felietony wpisują się w dyskusję na temat tego, jaka powinna być literatura, tyle że Przybyłek głosi pozornie mniej kontrowersyjne poglądy.

Zacznę od końca Przybyłka (hej, tylko bez skojarzeń mi tu!), a mianowicie słów "Więc po raz ostatni: dość poczucia winy. Nauka może być, ale nie musi". Jest to teza, z którą zgadzam się bez kontekstu, a w kontekście felietonu – sprzeciwiam się jej do imentu. Dlaczego? Ponieważ Przybyłek pisze przede wszystkim o fantastyce naukowej (science-fiction), która moim zdaniem bez nauki nie ma prawa się obyć (nazwa w końcu do czegoś przecież zobowiązuje).

Jednak kiedy zacząłem zastanawiać się ile science jest w fiction, paradoksalnie doszedłem do dwóch skrajnych wniosków. Pomyślałem sobie, że każdy element naszego życia opisany jest jakąś nauką, od wpadającej do głowy jako pierwszej, kiedy mówimy o science-fiction – fizyki, przez matematykę, biologię, chemię, kulturę fizyczną… (a przepraszam, przypomniał mi sie plan zajęć z podstawówki). Można też przecież w powieściach i opowiadaniach znaleźć takie nauki jak psychologia, socjologia, a nawet sztuka i inne dziedziny humanistyczne.

Z drugiej strony, zacząłem się zastanawiać, ile rzeczywiście jest nauki w tych samych książkach, o których pomyślałem wyżej. Czy można nazwać powieścią science-fiction książkę, która jest zgodna ze stanem wiedzy jaką obecnie posiadamy, ale nie odwołuje się do niego bezpośrednio. Czym różni się statek kosmiczny wędrujący od gwiazdy do gwiazdy, w który przywali meteoryt, od samochodu osobowego, tudzież ciężarowego, który złapie gumę? W końcu i tu, i tu musi się znaleźć ktoś, kto wyjdzie na zewnątrz pojazdu i go naprawi. Gdzie tu w sf miejsce na naukę różniącą się od powieści realistycznej, skoro całość odbywać się będzie w pewnej opisanej (naukowo) rzeczywistości? A co z fantasy? Czyżby różnica była tylko w scenografii czy nauce? S-f = (astro)fizyka, fantasy = historia?

Oczywiście powyższy mój wywód zmierza w kierunku zdefiniowania tego, co dotąd nie zostało jeszcze zdefiniowane, a czego prób zdefiniowania ja się nie podejmę, pozostając jedynie przy kilku pytaniach.

Przybyłek w swoim felietonie postuluje jeszcze: «Czytelnicy gnieceni poczuciem winy, że czytacie coś "nienaukowego": zrzućcie je!». Z takim postulatem nie zgodzić się nie mogę, bo uważam, że każdy powinien czytać to, co lubi i chce, bez żadnego niż wewnętrzny przymus.

Skąd więc biorą się chęci zdeprecjonowania czytelników literatury nienaukowej i wzbudzenia w nich poczucia winy, że są gorsi? Wydaje mi się, że oprócz chęci dowartościowania się przez krytykantów, jest to związane po prostu ze złym rozumieniem tego, do czego powinna służyć literatura – rozrywce i nauce. Oczywiście, jeśli mam szeregować, to jako najbardziej wartościową najpierw wybrałbym literaturę łączącą naukę i rozrywkę, następnie służącą tylko li nauce i służącą rozrywce, na samym końcu – literaturę nie służącą niczemu i taką, która źle realizuje wcześniej przeze mnie wymienione cele.

Czy na podstawie książek jakie czytają można wartościować czytelników?

Tak…

No co? Zdziwieni takim stwierdzeniem? Jeżeli ktoś jako jedyną przyswajalną (podkreślam, żeby nie było…), przyjmuje literaturę tylko rozrywkową, odrzucając zupełnie tą zwaną potocznie "trudniejszą", to znaczy, że coś z nim jest nie tak. Albo próbuje zupełnie uciec od życia, albo nie starcza mu inteligencji, ewentualnie jedno i drugie. Najczęściej oznacza to cofanie się w rozwoju, a tego to już powinno się wstydzić…

Dlatego parafrazując Przybyłka:

Czytelnicy gnieceni poczuciem winy, że czytacie coś "bezwartościowego": zrzućcie je!, zacznijcie czytać także rzeczy bardziej wartościowe… niekoniecznie fantastykę…

 

 




Autor: A.Mason | sobota, 27 Wrzesień 2008 - 14:30
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i czas na odgrzewany kotlet, czyli wiersz napisany przeze mnie jakieś 7 lat temu. Myślałem, że stracił aktualność, a tu nie, od czasu do czasu problem lustracji powraca i wypływa na świat…

 

Horror o tym, jak kible zjadają świat

czyli fraszka na lustrację

 

Kibel tu, kibel tam.

W domu także kibel mam.

Boję się, że dnia pewnego,

Wyjdzie z niego coś strasznego.

 

Wyjdzie z mojej ubikacji,

Straszny pan z "Kanalizacji",

Po czym rzecze: "Do wakacji,

Pan obiektem jest lustracji…"