Autor: A.Mason | wtorek, 29 Lipiec 2008 - 0:21
Kategoria: Zwykłe wpisy

Ludzie to są dziwni w swoim puryzmie językowym.

Co i rusz spotykam się z uwagą, że zwrot „wzajemna współpraca” jest niepoprawnym, i że wstyd! i hańba! I że szczególnie lubujący się w tym haśle nasi kochani politycy powinni się wstydzić…

A mnie śmieszy to święte oburzenie, co i rusz pojawiające się na różnych forach internetowych, gdy schodzi na temat poprawności językowej. Dlaczego mnie śmieszy? Bo jak raz politycy mówią całą prawdę i tylko prawdę, to są nękani przez różnych rosłych i domorosłych polonistów.

A wystarczy spojrzeć do słownika PWN, żeby dowiedzieć się, że współpraca to:

3. «działalność prowadzona na czyjeś zlecenie, wiążąca się ze zdradą lub z działaniem na czyjąś niekorzyść»

Czymże więc może być „wzajemna współpraca”?

No czym?

To już pozostawię bez komentarza…

 

 

Autor: A.Mason | środa, 19 Marzec 2008 - 2:00
Kategoria: Fantastyka

Dziś zmarł Arthur C. Clarke.

I właściwie na tym powinienem zakończyć wpis do bloga, gdyż od jakiegoś czasu nie lubię internetowych zwyczajów w rodzaju stawiania świeczek czy nabożnego opłakiwania zmarłych. Głupie to i tak naprawdę w większości przypadków niczemu nie służy, a jest tylko przejawem swego rodzaju ekshibicjonizmu.

Człowiek "żyje", dopóki się o nim pamięta. Pisarz, dopóki "żyją" jego książki.

Teraz czekam na chwilowy "boom" w prasie, radiu i telewizji, na wzmożone zainteresowanie twórczością Clarke’a, oraz na sporą ilość artykułów o nim.

A potem na ciszę…

I tylko sporadyczne westchnienie jakiegoś nastolatka, który przy okazji jakiejś kolekcji klasyki oglądnie sobie "Odyseję". Albo może takiego (będzie to chyba rzadszy przypadek), który przeglądnąwszy "kanon" literatury s-f postanowi sięgnąć po którąś z książek sir Arthura.

Miło będzie przeczytać jakąś entuzjastyczną wypowiedź młodzieńca, który pierwszy raz odkryje "Spotkanie z Ramą". Niestety będzie to jakiś zwariowany młodzieniec, bo obawiam się, że dla przeciętnego współczesnego dzieciaka "to już będzie nie to"…

Może to i lepiej?

Za jakiś czas same książki Clarke’a ulegną "zapomnieniu", podobnie jak "Odyseja" czy inne dzieła Homera. Klasyka, którą wszyscy znają, ale nie czytają. Klasyka, która wraca we współczesnych interpretacjach. Klasyka, której pierwiastki przebijają się w dziełach bezwiednych adeptów sztuki pisarskiej.

To chyba najlepsze, co może spotkać pisarza.

Clarke’a już spotkało…

…Na szczęście jeszcze za życia…

 

Autor: A.Mason | piątek, 04 Styczeń 2008 - 23:50
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i stało się. Życie, prześcignąwszy mnie w moich najnieśmielszych marzeniach, pokazało mi ogon, a następnie odwróciło się i zionęło we mnie ogniem, niczym jakiś niezbyt zachwycony moim widokiem smok. Leżę teraz na asfalcie, wiele się od niego nie odróżniając, bo spalonym. Każdy, nieobeznany ze zwyczajami tutejszych smoków, przechodzień może mnie podeptać i nawet nie musi przepraszać za nieuwagę.

Spalonym jest nie tylko ze smoka, ale bardziej jeszcze ze wstydu, któren mnie ogarnia, gdy po mnie przechodzi kobieta, do której bardziej przynależna jest sukienka, czy też spódnica niźli spodnie. Czerwienieję ze wstydu patrząc w… niebo i widząc majt… ające po niebie chmury. Na chwilę zaczynam odróżniać się od czarnego asfaltu i wtedy zaczynam obrywać po łbie za podglądactwo. Nie jest źle, jeśli obrywam parasolką, tudzież torbą z zakupami, gorzej, gdy obrywam czerwoną torebką. Damską.

No właśnie.

A wszystko zaczęło się od tego, o czym mogliście przeczytać u mnie już wcześniej – kupiłem, ku swojej zgubie, „Ferdydurke”. I postanowiłem kupić Gałczyńskiego. I jak to zwykle w życiu bywa, to spłatało mi psikusa i już w dwa dni po postanowieniu udało mi się wieszcza zanabyć. W taniej, co prawda, książce, i starej, ale jednak był.

Ale nie to stało się moim nieszczęściem, ani fakt, że zakupioną książkę z nudów wspomniałem przeczytawszy ją drugi od dawna raz. Były to „Listy z fiołkiem” – zbiór listów obywatela Karakuliambra zawsze tytułowanych „Szanowny Obywatelu Redaktorze!”.

W jednym z wyżej wspomnianych listów Karakuliambro pisze do Redaktora w sprawie portfela, co go mu gdzieś w czasie uroczystości wcięło, przez co zasoby pieniężne oraz pamiątkowe listy, obywatel piszący zmuszony jest nosić w damskiej torebce swojej nieboszczki ciotki. Czy czerwonej? Nie wiem, ale mniemam, że coś w okolicy tego koloru, gdyż jak pisze Karakuliambro, jego torebka stała się przedmiotem szyderstw wszystkich lokatorów domu. Na zakończenie zapytowywuje on (K., bo przecież nie dom), czy „wolny mężczyzna na wolnym kontynencie nie może nosić damskiej torebki? Czy wszystkie poczynania muszą być wyszydzane”?

Śmiech mnię wziął wielki, gdy przeczytałem powyższe, bo natychmiast skojarzyłem sobie to ze sprawą czerwonej torebki obywatela Tinky Winky, Teletubisiem zwanego i przez panią Ewę Sowińską zbadanym mającym być na okoliczność homoseksualizmu.

Śmiech mnię wziął, gdyż wiedziałem, że będę miał świetny wpis w bloga.

Ale nieszczęściem nie zabrałem się za pisanie w porę, co okazało się katastrofą nieprzebolałą przeze mnie, bo dziś został mi podsunięty pod nos news, że w rankingu „2007 Idiot of the Year” zorganizowanym na swoim blogu przez Emila Steinera, redaktora dziennika „Washington Post”, trzecie mniejsce zajęła… „Ewa Sowinska of Poland!”!

Oczywiście nie posądzam Was, że nie będziecie wiedzieli za co…

Cytat za "Wprost":

Sowińska, w rozmowie z dziennikarzami "Wprost" rozważała powołanie zespołu psychologów do sprawdzenia, czy Tinky Winky, postać z brytyjskiej bajki dla dwulatków, nie jest gejem, skoro nosi czerwoną torebkę, a antenka na jego głowie jest trójkątna.

Sprawa obiegła niemal wszystkie światowe media, od Australii po Amerykę.

I jak tu teraz poważnie potraktować mój pomysł podsunięcia pani Sowińskiej rzeczonego wyżej zbioru listów, celem usunięcia i wymazania imć Gałczyńskiego z kanonu lektur szkolnych?

Nawet w Ameryce nie wezmą mnie poważnie…

 

 

 

Autor: A.Mason | środa, 02 Styczeń 2008 - 21:49
Kategoria: Zwykłe wpisy

No i na koniec roku, jak zwykle polazłem do księgarni. Hmm… Źle… Powinienem napisać – jak zwykle poszedłem do księgarni, a było to na koniec roku. Niby różnica niewielka, ale przynajmniej żaden wprawny czytelnik mojego bloga nie zarzuci mi, że chodzę do księgarni tylko na koniec roku.

Chociaż wziąwszy pod uwagę tempo, w jakim od jakiegoś czasu czytuję książki, wcale nie byłoby nierozsądnym skakać do sprzedajni książek tylko raz w roku.

No, ale cóż, poszedłem do tej lubelskiej księgarni… dziwne, ale ciekawe rzeczy przytrafiają mi się tylko w lubelskich księgarniach. Fatum jakie, czy co?

No więc nie napiszę już, że poszedłem do księgarni, bo bym się powtórzył, a tu przecież nie o wierszówkę chodzi, tylko o to, żeby czytelnik miał co czytać.

Przejdę kawałek dalej i dojdę do tego, że doszedłszy do kasy położyłem wybrane przeze mnie książki na ladzie. Oczywiście, po to, żeby je kupić, bo książek z reguły nie sprzedaję, co najwyżej oddaję za freeko potrzebującym.

Położyłem na ladzie i jak zwykle zapytałem… Od dziesięciu lat co poszedłem do księgarni pytałem, bo nie miałem, a zależało mi, żeby mieć. Tylko że w księgarni nigdy nie mieli, a jak mieli, to ja nie miałem… pieniędzy.

To zapytałem:

- A „Ferdydurke” mają oni?

A oni… właściwie to były one… w liczbie jeden:

- Chwileczkę, sprawdzę.

I zaczęła sprawdzać.

„Ha!” zaśmiałem się w duszy, bo mnie się śmieszno zrobiło. Nigdy nie mieli, nawet jak sprawdzali.

- Proszę – powiedziała księgarnia (to ta pani, co sprzedaje w księgarni, jakby kto nie znał podstaw polskiego).

Księgarnia powiedziała „proszę”, Ferdydurke zaległa na ladzie, a mnie zatkało.

Mina mnie zrzedła, a pani księgarnia niezrażona kontynuowała:

- Sukces byłego ministra Giertycha.

No i faktycznie, dziesięć lat nie było, a teraz Roman mi załatwił, że było. Wystarczyło książkę wypieprzyć z kanonu lektur szkolnych, a już ludzie znów zaczynają ją czytać z przyjemnością, a nie ze szkolnym przymusem. A jak wiadomo, popyt czyni podaż, więc książkę bez problemu można dorwać już na półkach.

Nawet po tym, jak ustąpił ze stanowiska, trzeba przyznać, że nie bez kozery zawsze prezesa LPRu lubiłem.

Hmmm, a wiecie, że to nie byłby wcale zły pomysł, żeby tak wypatroszyć cały kanon lektur szkolnych i zamienić go innymi? Ludziska zaczęli by znowu czytać klasykę, co to wszyscy ją znają, a nie czytają… I tak co jakiś czas nowe lektury do kanonu, a stare do czytania ludziom…

Tylko o co ja teraz mam pytać w księgarniach?…

…Może o Gałczyńskiego?

 

 

Autor: A.Mason | niedziela, 16 Grudzień 2007 - 9:18
Kategoria: Fantastyka

Dawno mnie tutaj nie było. No cóż, nikt i tak się nie dopraszał nowych wpisów… To teraz rozpoczynam na nowo pisanie bez wielkiego szumu, a co tam.

Co się w tym czasie wydarzyło, że nie pisałem? Sporo, ale nic wartego wspomnienia. No, może poza tym, że moja pasja fotografowania nie osłabła, a nawet wzmocniła się. Będziecie pewnie mieli nie raz jeszcze zauważyć to w kolejnych wpisach w moim blogu, więc nie będę się póki co rozwodził niepotrzebnie.

A teraz, znów do blogowania, no bo przecież po to tu jesteśmy.

 

Przez kilka dni nie było mnie w domu. Jak zwykle – podróż, potem od razu służba. Dopiero po powrocie mogłem sobie siąść i spokojnie myśleć.

I co z tego pomyślunku wyszło? Doszedłem do wniosku, że wpadnę w kompleksy. Właściwie to tylko w jeden kompleks, ale bardzo poważny. Dotąd na to nie narzekałem specjalnie, ale ja wrażliwy człowiek jestem i niestety przy takim nawale nie ma szans, każdy by musiał ulec. Tak więc powoli wpadam w kompleks, stoję niemal na skraju przepaści. Dlaczego? To proste, bo oni wszyscy moi przyjaciele z Anglii i USA uważają, że mam za małego Dicka. Myślę, że nie muszę nikomu tłumaczyć, co to znaczy, gdy co chwilę ktoś ci przypomina, że masz za małego…

Dotąd myślałem, że ja Dicka mam normalnego – nie za dużego, ani nie za małego, takiego w sam raz.

Okazuje się, że jednak nie.

 

Czy jakieś circa kilka tysięcy stron to mało?

Najwyraźniej tak, skoro wszyscy Anglo-Amerykanie uważają, że to co mam, to za mało i chcą mi pomóc powiększyć…

…mój księgozbiór.

…bo cóż innego mogłyby znaczyć setki postów o tytule „enlarge your dick”?

 

Ot i nawet na tym najprostszym przykładzie widać różnicę w podejściu Anglo-Amerykanów i Polaków. Oni ze swoich autorów literatury fantastycznej są dumni, powiedziałbym nawet, że stawiają ich wyżej niż autorów innych gatunków. Filmy tworzą na podstawie książek. I to całkiem niezłe (uwielbiam Łowcę androidówPamięć Absolutną). Szczególnie widać to jeśli autor osiągnie sukces komercyjny i jego książki się nieźle sprzedają.

 

A my?

Szkoda gadać. Najlepiej się sprzedające książki muszą zostać zjechane w recenzjach. Szczególnie widać to w recenzjach różnych periodyków i portali internetowych. W końcu nic tak nie napędza czytelników, jak zła recenzja bardzo popularnej książki. Bo oczywiście recenzent wie i widzi, jak dany autor jest popularny, ale musi zaznaczyć, że na przekór wszystkim on "nie widzi w danej książce nic"… I mniej więcej do tego sprowadza się sporo recenzji internetowych… i papierowych.

Bo każdy szanujący się kandydat na "poważnego" krytyka literackiego musi pokazać, że popularna książka jest zła. Niezależnie od treści… No, chyba że przed takim "poważnym" krytykiem znajdzie się poważny krytyk, który jednak pochwali takie popularne dzieło. Wtedy kandydatowi nie za bardzo wypada.

Ale jednak i tak swoje trzy grosze musi napluć na dzieło, że "w zasadzie tak, ale on nie".

Szkoda.

Na szczęście rzadko kiedy jest to szkoda dla autora książki, bo te zwykle bronią się same. Szkoda dla mnie, od czasu do czasu przeglądającego w sieci różne takie recenzje.

 

A to przecież trzeba jak ci moi anglo-amerykańscy przyjaciele. Codziennie dostaję od nich kilkaset listów, że moja kolekcja Dicka jest za mała i że powinienem sobie powiększyć. Co prawda z samych listów nic nie rozumiem (angielski uważam za język barbarzyńców), ale po ilości wykrzykników poznaję, jak bardzo entuzjastycznie oni podchodzą do swoich pisarzy.

Może my powinniśmy spróbować podobnie?

E, może jednak lepiej nie, bo wszystkie te listy lądują u mnie w koszu, więc z przesadnie optymistycznymi recenzjami mogłoby być podobnie.

Trochę za daleko mi do optymizmu Amerykanów.

 

Autor: A.Mason | poniedziałek, 02 Lipiec 2007 - 12:02
Kategoria: Fantastyka

Jakub 1Jakub 2Jakub 3

Niestety, ale w czasie ostatnich Dni Fantastyki we Wrocławiu miał miejsce incydent, który trudno nazwać małym.

Jeden ze znanych działaczy fantastycznych zachował się tak, że po prostu słów brak na opisanie (wystarczy spojrzeć na zdjęcia). O co tak naprawdę poszło, nietrudno się domyślić. Przykro, że takie zdarzenia mogą się dziać wśród kulturalnych (a takimi dotąd wydawali się konwentowicze) ludzi. Takie zachowanie nie przystoi nikomu, a już szczególnie nie człowiekowi, który od wielu lat działa w światku fantastycznyma, już na pewno nie, jeśli dochodzi do obrażeń cielesnych. Ponieważ pokrzywdzony – Jakub Ćwiek, umył ręce od całej sprawy, nie czuję się upoważniony do wskazywania kim jest sprawca. Chociaż jestem pewien, że wszyscy i tak niedługo się dowiedzą.

 



czytaj dalej »

Autor: A.Mason | poniedziałek, 28 Maj 2007 - 0:31
Kategoria: Fantastyka

Burza przyszła, więc nie było co robić, to sobie na poligonie film o tytule „300″ oglądnęliśmy.
Nie będzie spojlerem wielkim, jeśli napiszę, że oni tam na końcu walczą za 300. I w zwiazku z tym naszla mnie taka wątpliwość, że co prawda znam takich, co i za setkę potrafią obić komuś mordę, ale raczej poniżej ćwiartki nie schodzą.
Na miejscu Spartan ja bym się jednak zastanowił, czy chociaż o 0,75 litra by się nie potargować, bo trzy setki, to tyle co nic…

Autor: A.Mason | niedziela, 22 Kwiecień 2007 - 19:09
Kategoria: Zwykłe wpisy

Obraz kontrolny

Jak już wspomniałem kiedyś, telewizor u mnie w domu, to tylko mebel, który się kurzy. Nie oznacza to wcale, że telewizji nie oglądam. Oglądam. Na szczęście na służbie mamy telewizor, człowiek siedzi wtedy i gapi się w ekran, zamiast spać.

I muszę obiektywnie stwierdzić, że telewizja zeszła na psy. Wszystkie dwa programy TVP i TV Regionalna w nocy się wyłączają. Widać tylko taką kolorową makietę według której czas sobie można ustawić… Tylko co? Za idiotę mnie mają?! Toć czas sobie mogę ustawić w dwie, trzy minuty, nie potrzeba do tego trzech godzin! W dodatku ten okropny pisk… fuuj! Najbardziej na dno zszedł Polsat. Kiedyś potrafili dawać przez całą noc powtórki tego, co za dnia puścili. Ba! Zdarzało im się, że w nocy puszczali nawet do przodu! Taka fajna to stacja była…

A teraz… Eeech, szkoda gadać… "Dziewczyny w bikini".

Nie powiem, ładne to one są, ale co z tego!? Zagadki są tendencyjne, a one się nawet nie rozbiorą, jak ktoś zgadnie! W dodatku jak nikt nie dzwoni, przynudzają tak, że głowa boli. A najbardziej wkurzające jest to TIK-TAK-TIK-TAK, które co zagadkę się włącza. Normalnie szlag człowieka trafia, bo nad ranem nuda i cisza, a to tykanie uświadamia mu ile jeszcze czasu do zdania służby zostało. Tik-tak-tik-tak…

Kiedyś nawet zadzwoniłem tam, żeby wyłączyli to gówno.

Tam dla odmiany pikało!

A potem usłyszałem, że jestem blisko i żebym spróbował jeszcze raz.

No to spróbowałem…

Dalej jakaś baba mi mówiła, że jestem blisko.

No to sie wkurzyłem, zadzwoniłem trzeci raz i wygarnąłem, co myślę o tym całym programie!…

A potem przyszedł mi rachunek, za jakieś 10 złotych… Chyba za ostrych słów użyłem i z automatu mi mandat wlepili. :-(

Się cieszę, że sprawy do sądu grodzkiego nie skierowali, albo do 24-godzinnego. Wtedy to miałbym przesrane, bo pewnie na taśmę mnie nagrali… Miałem szczęście, co tu dużo gadać…

Następnym razem jak będę dzwonił, to zmienię głos i przez chusteczkę będę mówił.

Może nie poznają…

 

Autor: A.Mason | sobota, 21 Kwiecień 2007 - 22:55
Kategoria: Zwykłe wpisy

Dziś zamiast tradycyjnego wpisu, fragment korespondencji gg

 

21:29 Kiwaczek:
Ja się tam nie dziwię – Breslau jest be
21:31 A.Mason:
Poza tym ja i tak zawsze twierdziłem, że Nysa jest be.
21:32 Kiwaczek:
Nysa be, ale żuk już lepsiejszy
21:32 A.Mason:
Tfu! Nysa jest git. Wrocław może być be, ale Trojmniasto jest be^2
21:33 Kiwaczek:
Na szczęście glosy południowców się nie liczą :D
21:33 A.Mason:
Ja jestem z północy.
21:33 Kiwaczek:
Ke?

czytaj dalej »

Autor: A.Mason | czwartek, 19 Kwiecień 2007 - 1:51
Kategoria: Fantastyka

Długo nie dodawałem nic w blogu. Niestety, zwaliło mi się na głowę trochę rzeczy, a pisać tylko po to, żeby dokonać jakiegoś głupiego i krótkiego wpisu wydaje mi się nie fair wobec czytelników. Ten wpis ujrzałby światło dzienne kilka dni temu, gdyby nie to, że w połowie pisania coś mnie tknęło i ostatecznie postanowiłem zakończyć prace nad nowym layoutem Nocarza, strony Magdaleny Kozak. Trochę czasu mi to zajęło, ale warto było. Efekt mojego działania możecie obejrzeć sami. Teraz Madzik nie będzie miała już żadnej wymówki, skoro może swoją stronę aktualizować bez mojego udziału ;-)

Scena z filmu “Labirynt Fauna”

Mam nadzieję, że okres mojej niebytności na blogu wynagrodzi Wam nieco dłuższy wpis. Jest to właściwie recenzja zbiorcza trzech obejrzanych przeze mnie ostatnio nieanglojęzycznych filmów ("Labirynt Fauna", "Historie kuchenne""Nigdzie w Afryce"). To, co zaskoczyło mnie, to jedna cecha wspólna, pomimo że każdy z filmów jest innego pochodzenia. Tą cechą jest pewna sielskość i brak pośpiechu. To nie były filmy akcji, gdzie coś wybucha już w pierwszej scenie. I pomimo, że sielankowość momentami sprawiała dla mnie wrażenie dłużyzn, wszystkie trzy filmy warte są obejrzenia. Miłego czytania.

 

czytaj dalej »