Autor: A.Mason | piątek, 13 Kwiecień 2007 - 18:13
Kategoria: Fantastyka

Znowu byłem w księgarni… właściwie to nawet w księgarniach i w taniej książce. Byłem też w kinie na „Labiryncie Fauna”, ale nie wiem, czy warto o tym wspominać?

Książki, które mam do przeczytania, zaczynają mnie powoli przerażać. Ułożyłem je w stosik, który możecie obejrzeć na zdjęciu obok. Zaczyna mnie to martwić, bo możliwe, że jeśli w najbliższym czasie trafią się jeszcze jakieś ciekawostki, z wspomnianego stosu będę musiał część egzemplarzy odłożyć do przeczytania, w czasie gdy będę miał go więcej – czyt. na emeryturze.

Książki do przeczytania

Lecąc po kolei, na stos trafiły (od góry):

  • „Wykłady z grawitacji” Richarda Faynmana;
  • „Podatek” Mileny Wójtowicz;
  • „Dobry omen” Pratchetta i Gainmana;
  • „Obcy w obcym kraju” Roberta Heinleina;
  • dwa tomy antologii „Tempus Fugit”;
  • „Ewangelia według Afraniusza” – Kiryła Yeskova (jak się pisze Jeskow?);
  • pierwszy tom „Arki Odkupienia” Alastaira Reynoldsa;
  • antologia „To co najlepsze w SF”;
  • „Prawdopodobieństwo = 1” Amira Aczela;
  • „Nĕco je jinak” i „Všechno je jinak” Ondřeja Neffa;
  • antologie „Železo přichází z hvézd”, „Návrat na planetu Zemi”, „Stalo se zítra” i „Lidé ze souhvĕzdí Lva”

Najbardziej ciekawią mnie dwie ostatnie pozycje na liście. To książki, które kupiłem będąc w Czechach. Neff próbuje skomentować stan czechosłowackiej fantastyki (na 81 rok) oraz zmapować literaturę fantastyczno-naukową od czasów jej powstania (wydanie z ’86). Antologie powstały w latach 1983-85, zdążyłem je przeglądnąć tylko pobieżnie, ale wyglądają na kawałek starej, dobrej fantastyki.

Dlaczego, jestem tak ciekawy tych czeskich tekstów? Ponieważ setnie rozbawił mnie szort Pavla Šrédla – „…lecz olbrzymi krok dla ludzkości” (A velký skok pro lidstvo). Pozwolę go sobie przetłumaczyć i zacytować w całości, bo ów szort pretenduje do miana dowcipu:

„…lecz olbrzymi krok dla ludzkości”

…łup…

– Aaauuuuć… fuj, cholerna robota, pierwszy krok na Plejadzie 6/b i musiałem akurat depnąć na grabie!!!

Osobny akapit muszę poświęcić czterem pozycjom. Swego czasu do recenzji z Fahrenheita dostałem „O poznaniu w twórczości Stanisława Lema” Macieja Płazy; z ostatniej podróży do Lublina wróciłem z „Rasą drapieżców” Stanisława Lema oraz „Co to są sepulki?” Wojciecha Orlińskiego; a wczoraj do kolekcji dokupiłem „Bogów Lema” autorstwa Marka Oramusa. Lektura tychże książek oraz dyskusji na forach internetowych skłoniła mnie do przemyśleń na temat autorytetów moralnych i literackich. Jeżeli mi się uda zdążyć, postaram się napisać na ten temat felieton do najbliższego Fahrenheita, jeśli nie – do któregoś z następnych.

 

Nabyłem też książki, które już czytałem, ale postanowiłem uzupełnić swoją biblioteczkę. W tej kategorii trafiły mi się: „Wieczna Wojna” Joe Haldemana (naprawdę wyśmienita książka); „Aksamitny Anschluss” Giena Dębskiego (kurcze, znamy się już tyle czasu, a ja żadnego autografu od niego nie mam… A nie, zaraz, mam – dał mi go na wizytówce przy pierwszym naszym spotkaniu, dotąd ją gdzieś mam zachowaną); „Harry Potter i kamień filozoficzny” (co by nie mówić, to już też jest klasyka).

Kupiłem także dwa egzemplarze „Rozmów z planetami” Anthonego Aveniego. Jeden już miałem, ale postanowiłem obdarować znajomych tą naprawdę ciekawą książką. Jedną z tych osób miał być Adaś Cebula, ale… dopiero poniewczasie zorientowałem się, od kogo o tej książce usłyszałem. Sami zobaczcie. Nie chce ktoś może tej książeczki?

Na samym końcu wypatrzyłem redagowaną przez Bellonę powieść o paraszutyźmie. „Git” – pomyślałem sobie – „Będę miał o czym pogadać z Magdą Kozak, toć spadochrony to jej żywioł”.

Jakież było moje zdumienie, kiedy odkryłem, że książka o zwodniczym tytule „Shute”, ze spadochronami nie ma nic wspólnego. Na szczęście należy ona do klasyki sci-fi, więc nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto. Okazało się, że kupiłem powieść marynistyczną… W sumie niby temat pokrewny, a i spadochroniarzom zdarza się czasem wylądować w wodzie. No cóż, pomyłki się zdarzają, nawet mi, i dopiero sprawdziwszy słownik zorientowałem się, że spadochron, czyli w języku barbarzyńców „szut”, pisze się przez „ch” a nie „sh”. W sumie to nawet dobrze, bo nie mógłbym wytrzymać, żeby nie ponatrząsać się z autora, który przybrał pseudonim Ostatni Brzeg. A naśmiewać się z cudzego nazwiska jest przecież nieładnie*…

_________________

* dla tych, którzy zastanawiają się, co za „popapraniec” mógł sobie przybrać pseudonim Ostatni Brzeg wyjaśniam, że opisana przeze mnie historyjka zasadza się na zabawie w zamianie autora z tytułem, tzn. w rzeczywistości autor nazywa się Nevil Shute (właśc. Nevil Shute Norway), a tytuł książki przez niego napisanej, to „Ostatni brzeg” ;-)

 

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | czwartek, 05 Kwiecień 2007 - 15:57
Kategoria: Fantastyka

Spider-Man

Trafił w moje dłonie komiks. Nie byle jaki, bo „The Spectacular Spider-Man” odcinek 1/2005 z serii „Extra DK” tygodnika „Dobry Komiks”. Spider-Manem ostatni raz zaczytywałem się w czasach, gdy był wydawany jako „The Amazing Spider-Man” na początku lat 90-tych jeszcze przez TM-Semic, dlatego łezka mi się w oku zakręciła, gdy ujrzałem okładkę nowszych przygód Człowieka Pająka.

Kiedy otworzyłem komiks, żeby zobaczyć co jest w środku, miriady pajączków zaczęły biegać mi po plecach w niekończącej się pogoni za wszystkimi złoczyńcami świata. Co to jest!? Co to za kreska!? Kto ze Spider-Mana zrobił bajeczkę dla dzieci!? Pająk wygląda jak sflaczała dmuchana lalka, jak zrobiona z baloników żyrafa! Fuuuja! Mimika twarzy przypomina mimikę Pokemonów, bueee! Gdzie są przestrzenie i budynki mające jakiś wyraz, mające w sobie coś niepowtarzalnego?! Ohyda! Kto zrobił z Spider-Mana Teenage Mutant Ninja Hero, że wszystkie scenerie wyglądają jakby Pająk walczył w kanałach!?

Dawny Spider-Man był brzydki, ale nie aż tak, tam przynajmniej tło żyło jakimś życiem! Zdecydowanie nie podoba mi się manieryzm rysunku nowych przygód Człowieka Pająka. Jedynie kolorystyka daje radę, ale też tylko tam, gdzie jest stonowana, bo sceneria dzienno-słoneczna potęguje wrażenia wspomniane przeze mnie wcześniej… I papier, jest znacznie lepszy. Właściwie wyrzuciłbym od razu komiks do kosza, gdyby nie to, że trzeba było zrobić wpis w blogu. Z przymusu więc zacząłem czytać…

Na szczęście komiks ratuje warstwa fabularna – sztampowa do bólu, nieoryginalna, przegadana i nudna jak telenowela, w której już po pięciu minutach wiesz, co się wydarzy na końcu. „The Spectacular Spider-Man” naprawdę nieźle spisuje się jako telenowela, ale jako pojedynczy egzemplarz – nadaje się tylko do kosza. Przyjaciel Petera Parkera – doktor Curt Connors jest jaszczurką i naukowcem szukającym leku na raka. Doktor ma też dziecko, z którym nie bardzo jest się w stanie porozumieć… Dalej to już każdy może sobie dopowiedzieć, co się będzie działo – sporo rozterek moralnych, gadek-szmatek i trochę walki.

Będę się musiał kiedyś przejść po księgarniach i sprawdzić jak wygląda stan naszego komiksu, bo właściwie skończyłem na tym, który znam z czasopism fantastycznych.

Wątpię jednak, żeby dotąd powstało coś lepszego niż Szninkiel…

Ostatni fajny komiks był na okładce „Września”…

Może się mylę?

Oby…

 

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | środa, 04 Kwiecień 2007 - 12:36
Kategoria: Fantastyka

Byłem na zakupach.

Celem polowania był „Nocny Patrol” Łukjanienki, ale okazało się, że w całym mieście nie można go ustrzelić… Patrolu, nie Łukjanienki. Ten ostatni niczym mi nie zawinił… no może poza tym, że napisał książkę, której nie da się zdobyć wyruszywszy na podbój księgarń. Empik – nie ma, Świat Książki – nie ma, jakieś księgarnie pomniejsze – też nie mają. Podobno nawet czarodziej Merlin nie ma.

No nic, jako że czytanie jest nikomu niepotrzebną i drogą fanaberią, kupiłem sobie Chessmastera 10th Edition. Zawsze to pożyteczniej zagrać sobie w Królewską Grę, niż psuć wzrok próbując odczytać przy świetle lampki nocnej miniaturowe literki na kawałku papieru, który nawet do dupy się nie nadaje. A i bardziej ekologicznie, las się uchroni przed dewastacją, i dziury ozonowej jakby mniej będzie.

A jednak coś ciągnie człowieka do czytania i pieniądze przeznaczone na książki trzeba wydać na książki. Że za dużo pieniędzy nie miałem, to postanowiłem kupić jedną książkę. Jakąś losowo wybraną, bo czasu na czytanie i tak nie mam. I z tym postanowieniem wlazłem do księgarni Świata Książki. Rozejrzałem się – na półkach niewiele, przestrzeni sporo, można oddychać. Spodobało mi się dużo bardziej niż w Empiku, przynajmniej nie nawalili książek ile się da i jak się da. A na okrągłych stojakach leżały wyselekcjonowane hity. Jakoś starannie to zrobili, że człowiek niejako z przymusu musiał się przyjrzeć. No i przyjrzałem się wybierając, zgodnie z zamierzeniem jedną książkę – „Obcy w obcym kraju” Roberta Heinleina… a potem drugą (ale tą kupiłem w prezencie, więc nie liczy się)… i trzecią (nie mogłem się oprzeć, bo to Lema „Rasa drapieżców” była)… Kolejna (zgodnie z matematyką dla pierwszoklasistów) musiała być czwarta (też w prezencie), a i piątej nie mogłem się oprzeć, bo to „Diuna” była z ilustracjami Siudmaka.

No to skierowałem się w kierunku lady, żeby zapłacić za te wszystkie dwie książki, ale pani sprzedawczyni jakoś tak dziwnie na mnie patrzyła. No tak, pewnie za mało książek wziąłem – pomyślałem sobie i wróciłem do półek, żeby jeszcze coś dobrać i nie kompromitować się w oczach sprzedawców. Trafiło na „Śnieg” Orhana Pamuka. Co prawda fantastyka to to nie jest, ani nawet powieść dla dzieci, ale lubię czasem takie egzotyczne klimaty, a i nie powiem, etykietka „Nagroda Nobla 2006” jakoś mnie do tego przekonała. W sumie jak przeczytam, i mnie się nie spodoba, to zawsze mogę matce w prezencie dać, ona bardziej lubi takie książki. Jak jej się nie spodoba, to najwyżej opchniemy komuś, kogo nie lubimy, w prezencie. Na książkę noblisty obdarowany kręcić nosem nie będzie mógł, bo to niekulturalne, a książka kulturalna jest. A ponieważ prezentów nie można oddawać, ani się ich pozbywać, będę miał pewność, że solenizant nie puści knota w obieg i schowa go gdzieś w zakamarku piwnicznej półki z książkami. A że pocierpi czytając, to podwójny pożytek będzie…

I znów udałem się w kierunku kasy. Pani dalej dziwnie na mnie patrzyła, ale postanowiłem twardy być i oprzeć się temu spojrzeniu. W końcu jestem przecież tylko żołnierzem, nie dość, że zarabiam nie aż tak dużo, to jeszcze i tak wyrabiam normę kulturalną za kilku co najmniej kolegów. Powiedziałbym nawet, że nie tylko kolegów, bo według badań Biblioteki Narodowej „W ciągu ostatniego roku połowa Polaków nie przeczytała żadnej książki. Około 1/3 przeczytała 1-6 publikacji, a zaledwie 1/4 powyżej 7 tytułów”.

Chociaż, jak tak się przyglądam, to te badania muszą być zafałszowane niemożebnie i niemożliwe jest, żeby nasz naród tak kiepsko stał z czytelnictwem. Badania są oszukane, bo komu by się chciało łazić do Biblioteki Narodowej i tam wypożyczać książki, skoro w każdym mieście jest jakaś lokalna biblioteka. A skądinąd BN mogła mieć wyniki? Ja na przykład nigdy w Bibliotece Narodowej nie byłem, a jedną, dwie, albo kilka więcej książek w zeszłym roku przeczytałem…

No dobrze, bo jak tak będę się rozpływał, to nigdy do tej lady nie dotrę i książek nie kupię. No więc idę, i idę, i idę, i robię się coraz mniejszy pod spojrzeniem pani sprzedawczyni… Może powinienem jeszcze kilka książek wziąć, żeby na głupa nie wyjść? – myślę sobie. Po głowie przemknęła mi też myśl, żeby porzucić te marne kilka książek i uciec z księgarni. Ale stanąłem przed kasą, koniec szans na odwrót. Zamknąłem oczy i położyłem na ladzie to, co wybrałem…

Nie było tak strasznie. Pani widząc, żem cep i ledwie ćwierćinteligent, żeby poprawić nieco moje czytelnictwo zaprosiła mnie do Klubu Książki. Powiedziała, że jak będę należał, to będę miał rabat pod warunkiem, że w ciągu roku zakupię co najmniej pięć książek. Zgodziłem się, bo co zniżka, to zniżka, a te pięć książek, to w ciągu roku kupię. Dwie dostałem już wcześniej do recenzji w Fahrenheicie, to w sumie w tym roku miałbym już 7 książek… Pięknie! Znów będę w elicie 1/4 Polaków, którzy czytają.

Fajnie jest być w elicie.

Tylko dlaczego pani kasjerka nic nie powiedziała temu imbecylowi, czytelnikowi od siedmiu boleści i ignorantowi kulturalnemu, co stał obok mnie, a tylko jedną marniutką książkę kupił?

Może nie chciała robić mu obciachu…

 

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | poniedziałek, 02 Kwiecień 2007 - 1:51
Kategoria: Zwykłe wpisy

Dziś będzie to bardzo poważny wpis, ponieważ sprawa jest niewesoła.

Złoczyńca zawsze powinien zapłacić za zbrodnię, którą popełnił. Nawet jeśli kara jest wyższa niż przewinienie. Decydując się na kradzież, złodziej powinien wziąć pod uwagę możliwość ucięcia mu za karę ręki. Jeśli włamie się do cudzego mieszkania, powinien mieć świadomość, że właściciel może odstrzelić mu łeb. To złoczyńcy mają się bać, a nie zwykły obywatel.
Jeśli prawo jest jasne i wiadome, to popełniając jakikolwiek niezgodny z nim czyn, człowiek powinien liczyć się z konsekwencjami. Jakie by one nie były.

Czasem zdarzają się jednak sytuacje, które trudno ocenić. Niedawno trafiłem na adres www.delara-darabi.prv.pl. Jest to strona kampanii „NIE dla egzekucji DELARY DARABI!”, możemy tam przeczytać, że:

Delara Darabi (دل آرا دارابى , دلارا دارابى) została skazana za współudział we włamaniu i morderstwie na tym tle, dokonane wspólnie z 19-letnim wówczas Amirem Hosseinem, jej chłopakiem (była wtedy pod wpływem narkotyków, podanych jej przez niego). Początkowo przyznała się do wyłącznej winy na jego prośbę, aby uchronić go przed egzekucją (zapewniał ją, iż jako 17-latka nie otrzyma kary śmierci i zostanie potraktowana bardzo łagodnie). Tymczasem Hossein został skazany na 10 lat więzienia, a ona na śmierć, mimo że w morderstwie wcale nie brała udziału, a przyznała się tylko po to, aby chronić chłopaka, którego kochała. Pomimo wyroku, jej niewinność jest pewna. Dodatkowo ekspertyzy wykazały, że jako osoba słaba fizycznie i leworęczna nie mogła dokonać tego czynu.

Znajdziemy tam też sporo informacji na temat Delary. Mają one na celu ściśnięcia nas za serce, w końcu na śmierć została skazana 19-letnia, wrażliwa artystka.

Szczerze mówiąc Delara jest osobą, która tak naprawdę zupełnie mnie nie obchodzi, nie mogę powiedzieć, żeby jej było mi żal. Skoro okazała się tak głupią, że zadawała się z człowiekiem, który miał jakiś kontakt z narkotykami; skoro współuczestniczyła we włamaniu, a następnie wzięła na siebie winę za zabójstwo, to z całą pewnością zasłużyła na karę.

Ale czy zasłużyła na śmierć?

Od powyższego, dużo ważniejsze wydaje mi się jednak pytanie – czy irański wymiar sprawiedliwości rzeczywiście wydał sprawiedliwy wyrok?

Moim zdaniem, nie. I to nie ze względu na zignorowanie dowodów mogących świadczyć o niewinności Delary, a ze względu na to, że dziewczyna została skazana za głupotę i błędy, które popełniła jako dziecko.

Czy można pozwolić na tak rażącą niesprawiedliwość?

Nieważne, czy chcemy sprawiedliwości, czy może zrobi się nam żal młodej dziewczyny. Warto rozważyć, czy mając nawet nikłą nadzieję na uratowanie życia jednego człowieka, nie powinniśmy sobie zadać tej odrobiny trudu i wypełnić jedną petycję…

Zachęcam do zaglądnięcia na stronę www.delara-darabi.prv.pl i dokonania oceny we własnym sumieniu.

 

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | czwartek, 29 Marzec 2007 - 11:56
Kategoria: Fantastyka

War. War never changes. The end of the world occurred pretty much as we had predicted. Too many humans, not enough space or resources to go around. The details are trivial and pointless, the reasons, as always, purely human ones…

Intro do gry – Fallout II

Nie sądzę, żeby wiedział, którą książkę ukradłem. Ale jak wybrać coś zastępczego? Czy oddać Jeffersona, czy Tho­reau? Która jest mniej cenna?

R.Bradbury – "451 stopni Fahrenheita"

Z wyjątkiem tego, o czym mówiły te dwie księgi, przeszłość dalsza niż trzy historyczne stulecia ginęła w zapomnieniu. Z tej pustki wyłaniały się wątki legend, bardzo postrzępione w swej wędrówce przez kolejno po sobie następujące umysły.

J.Wyndham – "Poczwarki"

Brat Sarl ukończył piątą stronicę swego matematycz­nego odtworzenia tekstu, zemdlał nad pulpitem i zmarł w kilka godzin później. Nieważne. Jego notatki pozos­tały nienaru­szone. Za stulecie lub dwa ktoś się na nie natknie, uzna za interesujące i być może ukończy jego pracę.

W.Miller Jr. – "Kantyczka dla Leibowitza"

 

Będziemy mieli w Polsce tarczę antyrakietową. Nie dziś, to jutro. Kiedyś na pewno. Jeśli nie zbudują jej nam nasi sojusznicy, to w końcu zrobimy ją sobie sami. Albo kupimy od Amerykanów starą tarczę, kiedy Ci już będą mieli nową. Tylko co z tego? Żeby tarcza była skuteczna, musiałaby być jak bańka, tylko odrobinę bardziej wytrzymała. Bo nigdy nie wiadomo, czy sąsiad nie wpuści nam do ogródka jakiegoś kreta?

Na szczęście ludzkość zmądrzała w ciągu tych kilkudziesięciu lat i globalnej wojny nie ma co oczekiwać. Chyba że z kosmitami… Nie, nie mówię, że oni chcieliby nas zniszczyć, co to, to nie. Ale niech jakiemu się zdarzy wcisnąć nie ten przycisk, co trzeba? I zamiast wiadomości "Witajcie Ziemianie" dostaniemy jakąś bombą w planetę… Oni powiedzą "Ups!" i zawstydzeni uciekną, a my zostaniemy z naszą zdewastowaną planetą. Przeżyją tylko nieliczni szczęściarze.

BUUM!

I, a nóż widelec sprawdzi się któraś z wizji autorów science-fiction i po-ludzie zaczną się uczyć i czcić to, co po nas zostanie… Wyobrażacie to sobie? Jeśli zostaną po nas jakieś nagrania telewizyjne, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że wśród nich będzie 1051 odcinek "Klanu", albo 650 odcinek "M jak Miłość", czyli nic złego – "normalne" życie. Ale niech zostaną filmy takie jak "Solaris", "Stara Baśń", czy "Wiedźmin"… Albo książki – "Łowcy dusz", "Kroniki Jakuba Wędrowycza", "Achaja"… Jaki obraz historii i ludzkości wyciągną? A internet? Oooo raaaanyyy!

Spalmy lepiej to wszystko, bo jeśli okażą się tak głupi, jak w wizjach autorów, a nie znajdą się wśród nich bohaterowie, to lepiej, żeby o nas zapomnieli, niźli mieliby brać przykład…

 

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | poniedziałek, 26 Marzec 2007 - 23:50
Kategoria: Fantastyka

No i nie da się nie pochwalić. I to nawet w dwójnasób. Pochwalić muszę się i kogoś… Zaczniemy oczywiście od pochwalenia samego siebie, no bo co kurcze, inni mogą zaczekać, a ja nie słynę z cierpliwości… Z upierdliwości tak, ale z cierpliwości to na pewno nie.

No to jak, mam się chwalić, czy nie? Nie, to nie. Nie chcecie, to nie czytajcie. I tak wiecie, że nie wytrzymam i pochwalę się, a co!

Swego czasu na forum Fahrenheita rozgorzała bardzo burzliwa dyskusja na temat tego, czy Lema powinno się czytać. Zaczęło się od tego, że Emil ’Rheged’ Strzeszewski nieopatrznie przyznał się, że Lema nie czytał i nie przeczyta. No to ja kułakiem go w brzuch, żeby nie heretykował. Delikatny byłem… Naprawdę! Ale pech chciał, że jak to nawet w najlepszych forumach bywa, doszło do wirtualnego ukamienowania. Nawrzucano Rhegedowi do ogródka nie tylko kamieni, ale cegłówek. Znalazł się też jeden Gal, co to obeliskiem chciał mu przyp… przepraszam, przywalić. Na szczęście chybił i naczelny Creatio Fantastica przeżył. Pozbierał zęby z ziemi, bo dentyści w dzisiejszych czasach drogo się cenią. Zęby pod poduszkę wsadził, żeby mu się w nocy w pieniądze zmieniły na tego dentystę, ale jakoś go to do Lema nie przekonało.

Jak mi o tym powiedział na gg, to w pierwszej chwili złapałem za obelisk, co to leżał porzucony, ale jakoś no… trochę słabowity się okazałem i nie zdzierżyłem. Dobrze, że sobie tego kamyczka na nogę nie upuściłem. Co prawda trudno upuścić coś, czego się nie podniosło, ale… Z braku odpowiednich kamieni pod ręką, trzeba było zacząć Rhegedowi tłumaczyć, że Lem jest git. Wyciągnąłem największego kalibru działa i wyjaśniłem Emilowi, że u Lema nie tylko fantastyka, ale też humor, filozofia, kryminał a nawet miłość jest. Tak! wiem, trochę naciągnąłem fakty w tym ostatnim, ale dupę Clooneya w Solaris można było przecież oglądnąć, co niezbicie dowodzi faktu.

Myślicie, że to podziałało? A skąd! Twardogłowiec dalej okazał się oporny na przyswojenie aksjomatów. Ręce mi opadły i postanowiłem się obwiesić. Ale jako że zbliżał się nowy numer Fahrenheita, to musiałem się odrobinkę wstrzymać z przedsięwzięciem wywyższenia na stołek pod lampą i sznurkiem. Skoro już F trzeba mi było powiesić, to głupio, żebyśmy wisieli obaj. Postanowiłem napisać felieton pożegnalny, gdzie wyżaliłem się, dlaczego Lema młodzież nie chce w ogóle czytać.

I wiecie co? Zadziałało! Tadam! Rheged wziął się do czytania! A dowodem tego jest dział "Dyskusja" ostatniego, 9 numeru Creatio Fantastica, poświęcony tylko i wyłącznie tematowi Lema.
Cztery teksty, a w jednym z nich wspomnienie o mnie: "pojawił się człowiek, któremu w końcu udało się mnie podejść tak, że mimo „fobii antylemowskiej" poszedłem do sąsiada i zabrałem mu bez pytania Solaris. Ściśle rzecz biorąc, osobą tą był Mason z Fahrenheita…". Łezka się w oku kręci. Jest tego tam o mnie parę zdań więcej, ale nie będę odbierał wam przyjemności czytania, poza tym nie mogę się aż tak bezczelnie chwalić, żeby cytować cały akapit. Sam tekst może nie jest idealny, no, ale wspomina o mnie! Poza tym są tam, w Creatio, jeszcze dwa dłuższe eseje: Jacka Soboty i Sławomira Spasiewicza, stanowiące próbę analizy i interpretacji części twórczości Lema, oraz jeden króciutki felieton Andrzeja Miszczaka. Można czytać.

To miłe dowiedzieć, że było inspiracją dobrego przedsięwzięcia (to jest ta pochwała innych, o której wspominałem na początku, jakbyście nie zauwazli).

I niech mi teraz ktoś powie, że moje marudzenie nie przynosi żadnych efektów!

I niech mi nikt nie mówi, że to tylko dlatego, że ludzie chcą mieć mnie z głowy!

 

Tylko dlaczego Rheged jeszcze nie wie, że Fahrenheit jest teraz pod adresem www.fahrenheit.net.pl a nie eisp?

 

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | niedziela, 25 Marzec 2007 - 13:53
Kategoria: Para-Nauka

No tak, człowiek kładzie się wieczorem spać w przeświadczeniu, że w nocy będzie zmiana czasu, więc sobie pośpi dłużej, a tymczasem keka! Nie dość, że w niedzielę! obudziłem się o 5 rano!, to jeszcze w okolicy dziewiątej zorientowałem się, że komputer sam, bez pytania zmienił czas!Tak wygląda mój dektop

Niby dobrze, bo dzień będę miał jednak dłuższy niż to mnie się wydawało o poranku, ale wkurza, że komputer próbuje myśleć za mnie. Tak samo telefon, we wszystkich swoich komórkach musiałem zmieniać opcje, bo moje telefony lepiej wiedziały co chcę napisać. Grrr!

Jest takie stare polskie powiedzenie „Jak chcesz, żeby coś zostało zrobione dobrze, to zrób to sam”… Gdzie ja bym dziś był, gdybym polegał na programistach? (Hej! To jest pytanie retoryczne, nie musicie na nie odpowiadać w komentarzach!)

Wydawałoby się, że tak zaawansowany i stale rozwijany mechanizm jak WordPress nie powinien mieć wad (nie mylić wad z błędami). Okazuje się jednak, że ma, jedną. Pozwala na modularyzację (pluginy i skórki). Pomimo, że sam mechanizm budowany jest przez fachowców, o tyle plugin i skórkę może zrobić każdy. Co to znaczy? A to, że jeśli twórca skórki coś zepsuje, to objawiać się będzie błędnym działaniem całego mechanizmu.

Na szczęście na WordPress pojawiają się tylko sprawdzone skiny i pluginy. Niestety, sprawdzone głównie przez anglojęzycznych userów, czyli o skórkach dostosowanych do polskich realiów można zapomnieć, albo próbować szukać rodzynków mulitilengłydżowych.

W ostateczności, tak jak ja, można zabawić się w programistę i przekodować oraz przerobić to, co jest be.

Oczywiście, można zrobić tak jak ja, jeśli ma się odrobinę wiedzy, oraz udostępnione źródła. Niestety w przypadku innych programów (php także jest swego rodzaju programem) oraz sprzętu elektronicznego nie zawsze mamy taką możliwość. W dodatku jeśli zepsujemy coś w kodzie, zawsze możemy przywrócić zmiany (o ile zachowaliśmy źródła). Ze sprzętem sprawa ma się znacznie gorzej – jeden błąd może uszkodzić cały układ… I co wtedy?

Podziwiam ludzi takich jak Adam Cebula, którzy mają ogromną i wszechstronną wiedzę, jednak nawet oni przestają nadążać za tym wszystkim. Dwieście, czy trzysta lat temu ich inteligencja wystarczyłaby do „ogarnięcia świata”; dziś – zaledwie tylko jego części. I nie chodzi tu nawet o ukrywanie wiedzy przez ich właścicieli (niedostępne źródła, patenty), a o jej nadmiarowość, komplikację i, paradoksalnie, łatwość dostępu.

Jeśli ktoś chce posiąść wiedzę na dowolny temat, wystarczy, żeby udał się do biblioteki albo, co jest jeszcze prostsze, wyszukał ją w internecie. W przeszłości nie było takich możliwości, książek-poradników praktycznie nie było, albo były trudnodostępne, jedynym źródłem wiedzy była obserwacja, próby i błędy, oraz drugi człowiek.

Życie było prostsze i jeśli ktoś miał to w charakterze oraz zadał sobie odrobinę trudu i zdobył doświadczenie, to naprawdę nietrudno było mu zostać mędrcem. Wystarczy spojrzeć na Biblię. Co prawda pisana w zupełnie innym celu i może nie jest idealnym przykładem, ale jeśli potraktujemy ją jak poradnik „Jak żyć dobrze” , to rzeczywiście cennych (nazwijmy to – naukowych) porad, nie będzie tam zbyt wiele. A spójrzmy na jakikolwiek poradnik w rodzaju „Jak uwieść mężczyznę”… Zwykle napisany nie dłużej niż w trzy lata, a grubością wiele od Biblii nie odbiegający (no, fakt trochę przesadziłem).

Z pewnością, komplikacja życia jest w sporej części pozorna, ale jednak. Odpowiedzialne za to są elektronizacja, komputeryzacja, telefonizacja itp. Żeby móc telefonować, trzeba nauczyć się wciskać kilka przycisków. Banał, ale już wysłanie/odczytanie smsa przestaje być takie proste. Włączyć telewizor także nietrudno, ale obsłużyć pilota (te wszystkie przyciski) ewentualnie zaprogramować kanały dla ludzi starszych jest rzeczą niemal niemożliwą. A wideo, dvd itp.? A komputer? Ohoho! To już jest wyższa szkoła jazdy.

 

czytaj dalej »

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | sobota, 24 Marzec 2007 - 18:05
Kategoria: Para-Nauka

Po ostatnim wpisie w blogu napisał do mnie na gg Lafcadio:

blog w kieszeni, gg w kieszeni
faktycznie, mało kto dzisiaj korzysta telefonu do dzwonienia :D

I faktycznie, odkąd kupiłem sobie nową Nokię, aby móc się łączyć z internetem, chyba jedynym, do czego mi ona nie służy, to dzwonienie! bo od tego mam starą Motorolę…

Oto do czego służy mi telefon (kolejność nieprzypadkowa):

  1. Komunikator gg/tlen/jabber/icq;
  2. Przeglądanie stron www (podkreślam – www, a nie wap);
  3. Program pocztowy;
  4. Odtwarzacz muzyki mp3;
  5. Aparat fotograficzny;
  6. Automat do gier;
  7. Kamera wideo;
  8. Odtwarzacz filmików avi/mp4/3gp;
  9. Dyktafon;
  10. Telefon.

Jeszcze dwadzieścia lat temu takie możliwości były czystą fantastyką, dziś marzenia stały się rzeczywistością.
Co dalej? Czyje prognozy się sprawdzą?
Lema, Dicka, Zajdla, a może jednak Orwella, albo Swifta? :-O

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | sobota, 24 Marzec 2007 - 17:28
Kategoria: Zwykłe wpisy

Nie mogłem się powstrzmać i musiałem sprawdzić, jak będzie wyglądać wpis zrobiony z komórki…
No i jest git, będę miał bloga w kieszeni!

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark
Autor: A.Mason | piątek, 23 Marzec 2007 - 16:16
Kategoria: Zwykłe wpisy

Ot, i w końcu się doigrałem – postanowiłem sprawdzić na własnej skórze, jak działa taki blog.
Ciekawe, jak długo będzie mi się chciało go ciągnąć?
No nic, zobaczymy.
W każdym razie wypada przywitać się…
…Witaj mój nowy blogu :-)

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • WordPress
  • Share/Bookmark